Crazy Tour 1987 – Mistrzowie czwartej kwarty

 

21 lipca.  20 etap Tour de France, a licząc, jak w obecnym stuleciu, z prologiem, to faktycznie 21.  Gdyby wydarzenia rozgrywały się współcześnie, kolarze szykowaliby się do toastów szampanem na drodze do Paryża. Wówczas mieli jeszcze przed sobą 6 dni i 1.027 km. I Alpy, mające rozstrzygnąć, komu zagrają hymn pod Łukiem Triumfalnym. Czwórka pretendentów miała wciąż szanse na zwycięstwo. Pierwszego i czwartego dzieliła zaledwie minuta i 39 sekund. Trzytygodniowy wyścig miał rozstrzygnąć się w czwartym tygodniu.

Etap liczył 201 km i kolarzy czekały cztery podjazdy, w tym wiodące do mety słynne 21 zakrętów Góry Holendrów, jak w tamtych czasach nazywano Alpe d’Huez. Najsłynniejszy, obok Mt. Ventoux, podjazd Wielkiej Pętli, znany był też z tego, że nie przynosi szczęścia. W dotychczasowej historii Tour de France tylko Fausto Coppi w 1952 roku, po wygraniu tego etapu, stanął na najwyższym podium w Paryżu. Rok wcześniej wjechali tu na metę, trzymając się za ręce, Hinault i LeMond – powtórka takiego gestu nie wchodziła w grę. Relacja Phila Liggetta zaczyna się na przedostatnim wzniesieniu, premii I kategorii, Côte de Laffrey.

„Lucho” Herrera w polka dot shirt – jeden z „firmowych” widoków La Grande Boucle lat osiemdziesiątych. Quintany nie było jeszcze na świecie. I zagadkowy ruch Guimarda: mając wicelidera Motteta (tylko 47″ straty do Roche’a), daje wolną rękę Fignonowi (który dzięki temu wskoczył do 10-tki, ale ze stratą prawie 16 minut nie miał nawet teoretycznych szans na podium), zwalniając go z obowiązku pomocy młodszemu koledze.

Delgado, kolejny (ósmy już) lider, miał powody do optymizmu. Co prawda, wyprzedzał Roche’a zaledwie o 25″, ale dwóch Francuzów już o ponad 2 minuty – i żaden z rywali nie mógł równać się z nim w wysokich górach. A nazajutrz czekały ich góry wręcz pomnikowe. Galibier, Madelaine i La Plagne – królewski etap wyścigu. Perico miał nadzieję powiększyć tu swą przewagę, by zyskać bezpieczny bufor przed ostatnią czasówką, czekającą kolarzy na 24. etapie.

Fragment pokazujący wjazd na Galibier jest słabszej jakości (od 7 minuty dźwięk się poprawia). Potem widzimy już walkę na La Plagne.

Ponieważ video nie obejmuje pewnych istotnych wydarzeń na trasie tego ekscytującego etapu, spróbujmy odtworzyć je wg relacji samego Roche’a. Po zjeździe z Galibier Irlandczyk zauważył, że Delgado pozbawiony jest wparcia ekipy PDM. Postanowił zaryzykować atak, sądząc, że nie dotrzyma Hiszpanowi kroku na finałowym podjeździe. Odjechał samotnie z uszczuplonego peletonu i tak osiągnął Col de Madeleine. Grupka pościgowa dopadła go dopiero u stóp La Plagne. Był zbyt zmęczony, żeby się z nimi zabrać. Pilnował, by przewaga rywala nie wzrosła powyżej 1’10”. Ale na 4 km przed metą dotarło do niego, że pewien swej przewagi Perico nie spodziewa się kontry (ech, te piękne czasy bez słuchawek w uszach). Uruchomił wszystkie rezerwy organizmu do końcowego zrywu. Widzieliśmy potem, na mecie, jak zapłacił za ten wysiłek. A po zakończeniu reanimacji dowiedział się, że sędziowie ukarali go 10 sekundami za pobranie posiłku poza wyznaczoną strefą.

Fignon wygrał etap, reperując morale rodaków, lecz Roche wyszedł zwycięsko z decydującego psychologicznego starcia z Delgado. A  Mottet, kolejny raz pozbawiony wsparcia we francuskiej batalii o podium, pokonał Bernarda o ponad minutę, spychając go na 4. miejsce. Z grona konkurentów do top 10 ubył wycofany Urs Zimmermann.

Fascynujący był ten początek czwartego tygodnia, a przecież już 23 lipca czekał nas kolejny pojedynek w Alpach. 22 etap – 186 km z La Plagne do Morzine z pięcioma górskimi premiami, w tym trzema I kategorii i ostatnią, Col de Joux-Plane, kategorii HC.

Czołówka topniała stopniowo i na szczycie Joux-Plane, nie licząc samotnie prowadzącego Hiszpana Chozasa, została piątka: Delgado, Parra, Bernard, Roche i jego gregario Schepers. Tempa nie wytrzymali nawet tacy górale, jak Herrera, Fuerte  i Fignon. Wcześniej odpadł Mottet. Delgado dwukrotnie szarżował, jednak Roche nie pozwolił się „odczepić”. Na zjeździe do Morzine to on zgubił konkurentów. Zarobił do Hiszpana 18 sekund i redukując jego przewagę w „generalce” do 21 sekund, na powrót stał się faworytem bukmacherów.

Czasówki nie da się oszukać. 24 etap w Dijon liczył 38 km. Wygrał Bernard, znów wyraźnie (1’44”) przed Irlandczykiem i niespodziewanie trzecim, znakomicie spisującym się w czwartym tygodniu zmagań, Hiszpanem Lejarretą. Lider Carrery odzyskał żółty trykot i już go nie oddał.

Na Polach Elizejskich Francuzi przełknąć musieli zwycięstwo Jankesa (Jeff Pierce), ale przy tylu wydarzeniach, jakich nie szczędziła widzom 74 edycja największego wyścigu kolarskiego, przeszło to bez echa. Klasyfikację generalną wygrał Stephen Roche (przed Delgado, Bernardem, Mottetem i Herrerą), punktową Jean-Paul Van Poppel, a górską Luis Herrera.

Z 207 startujących z 23 zespołów (po raz pierwszy składy zmniejszono z 10 do 9 zawodników) metę w Paryżu osiągnęło 135. Dziewięć razy żółta koszulka przechodziła z rąk do rąk. Zakładało ją ośmiu różnych kolarzy. Czegoś takiego Tour nie oglądał ani przedtem, ani potem. Wyścig przeszedł do annałów jako wielki pojedynek dwóch mistrzów czwartej kwarty – „ironmanów”, którzy najlepiej wytrzymali trudy tego maratonu. Dzieląca ich na mecie różnica 40 sekund była do 1989 roku najmniejszą w historii imprezy. Ale był to także pojedynek godnych siebie i szanujących się wzajemnie konkurentów. W rozrzuconych tu i ówdzie wspomnieniach zwycięzcy tej edycji znalazłem ten wiele mówiący cytat:

We were on French TV after the descent into Morzine and, off camera, he [Delgado] came up to me, hugged me, and said ‚Bravo, you deserve the yellow jersey’. The TV people couldn’t believe it! He’s a fabulous competitor, but he’s also a great, incredibly gallant guy and I think that’s another reason why that Tour was so special.”

Ale w innym miejscu Roche twierdzi, że zdarzyło się to w Dijon. Delgado zapytany przez znanego francuskiego komentatora Jacquesa Chancela, skąd ten przypływ ciepłych uczuć, do człowieka, który odebrał mu maillot jaune, odpowiedział: Miałem 4.500 kilometrów, by ją wygrać i nie zdołałem tego zrobić. W punkt – powiedzielibyśmy dzisiaj. Ładna puenta.

Jakie były dalsze losy bohaterów naszej opowieści?

Po pięciu tygodniach Stephen Roche został mistrzem świata, kopiując niepowtarzalne, wydawałoby się, osiągnięcie Eddy Merckxa: Giro, Tour i czempionat jednego roku (1974). Niestety, stracił następny sezon, borykając się z dokuczliwą i odnawiającą się  kontuzją kolana. Nigdy nie wrócił do wspaniałej dyspozycji z 1987 roku, a w realiach lat 90., podobnie jak paru jego sławnych kolegów, nie umiał się już odnaleźć. Pozostaje żywą legendą i bohaterem narodowym Irlandii.

Pedro Delgado w następnych latach jeszcze 6 razy startował w Wielkiej Pętli, zawsze kończąc w top 10. Bezapelacyjnie wygrał Tour 1988, lecz długim cieniem na tym zwycięstwie położyło się wykrycie w jego krwi probenecydu – substancji maskującej stosowanie sterydów. W 1989 był trzeci, za LeMondem i Fignonem, a w kolejnym roku o „oczko” niżej. Później musiał odstąpić rolę lidera nowej hiszpańskiej gwieździe, Miguelowi Indurainowi.

Jean-Francois Bernard nie spełnił nadziei francuskich kibiców. Urodził się najwyraźniej pod pechową gwiazdą. Fatalna kraksa na Giro ’88 (był liderem po trzech etapach) i jej późniejsze skutki sprawiła, że nie osiągnął sukcesów na miarę swego talentu.

Charly Mottet  ostatecznie w 1989 roku zmienił ekipę, mając dość Guimarda i Fignona. Nie zdobył nigdy podium Tour de France. W 1991 roku powtórzył 4. miejsce. Rok wcześniej ukończył na 2. pozycji Giro d’Italia. Po zakończeniu bogatej w sukcesy kariery został cenionym autorytetem i organizatorem kolarskich imprez.

A Le Tour? Po prostu toczy się dalej, bo przedstawienie musi trwać. Kurtyna podnosi się każdego lata. Tylko… to już nie to. O czym z nostalgią  zaświadcza

Krzysztof Suchomski

pierwsza część historii Tour de France 1987

druga część historii Tour de France 1987

trzecia część historii Tour de France 1987