Crazy Tour 1987 – Tasowanie talii

 

Lech Piasecki nie nacieszył się długo jazdą w żółtej koszulce. Jeszcze tego samego dnia rozegrano drużynową czasówkę, na której team Del Tongo, zajmując 2. miejsce zdołał obronić pozycję lidera przed atakiem Carrery, sprawiającej wrażenie najmocniejszej ekipy w peletonie. Wieczorem kolumnę przetransportowano przez tereny wciąż znajdujące się pod nadzorem Układu Warszawskiego do RFN.

Nazajutrz, na 219-kilometrowym etapie z Karlsruhe do Stuttgartu poszła 23-osobowa ucieczka z paroma znanymi zawodnikami (Thurau, Madiot, Mottet, Anderson, Müller, Da Silva, Leclercq) niestety bez naszego lidera, który przyjechał w peletonie ponad 6 minut za zwycięzcą. Carrera jednak dopięła swego – nowym posiadaczem żółtej koszulki został Erich Maechler, kolarz bynajmniej nie przypadkowy – w marcu wygrał Mediolan – SanRemo. Szwajcar dowiózł maillot jaune do 10 etapu – koronnej jazdy na czas. Tam klasyfikacja musiała doznać czegoś w rodzaju trzęsienia ziemi.

Zanim to nastąpiło, wyścig, jak przystało na zwariowany, przeżył parę przygód. Znaczna liczba startujących (209), duże szybkości i nerwowość na pierwszych etapach spowodowały wiele wypadków. Jeszcze w Berlinie potłukło się czterech kolarzy, w tym Fignon i Zimmermann, na kolejnych etapach kraksy się powtarzały, co powodowało szukanie winnych i wzajemne oskarżenia.

Obwiniano kolarzy z Ameryki Łacińskiej, zdaniem Europejczyków nie panujących wystarczająco dobrze nad rowerami. Dochodziło do przepychanek zakończonych incydentem w Rénáze. Jeden z Belgów rzucił butelką z wodą w Kolumbijczyka, trafiając go w głowę. Kilku jego rodaków ruszyło z odsieczą i wywiązała się bójka. Ten XX wiek…

Czasówka do Futuroscope miała 87 i pół kilometra. Dla kogoś, kto nie lubi samotnej walki z czasem, to po prostu piekło. To również surowy test na przygotowanie wytrzymałościowe, wytrenowanie organizmu. Jeśli czasówki tradycyjnie nazywano etapami prawdy, to teraz mieliśmy etap prawdy do kwadratu. Dla słabiej przygotowanych do takiej próby oznaczało to wyrok – koniec szans na czołową lokatę w wyścigu.

Zwyciężył Stephen Roche, potwierdzając, że w tym roku jest w życiowej formie. Wyniki 10 etapu były dość zaskakujące, słabiej wypadło paru kolarzy uchodzących za mistrzów jazdy na czas, choćby Thierry Marie, czy kandydatów do klasyfikacji generalnej, jak Fignon czy Hampsten. Roche wyprzedził o 42 sekundy Charly Motteta i o 53 sekundy Duńczyka Jespera Skibby – dobrego znajomego naszych kolarzy z Wyścigu Pokoju. Dopiero na 6. miejscu sklasyfikowany został Jean-Francois Bernard, za to 10. pozycję Delgado uznano za sukces, gdyż Hiszpan nie uchodził za zawołanego czasowca.

Po etapie do Futuroscope, stanowiącym początek walki o końcowe laury, na pole position  ustawił się Charly Mottet wyprzedzając o 47 sek. niemieckiego weterana Didi Thuraua i o 50 sekund mistrza Szwajcarii Jörga Müllera. Roche był 6. ze stratą 3’23”, a Bernard 8. tracąc 5’31”, podczas, gdy Delgado tracił już ponad 6 i pół minuty, a Millar prawie 7 minut. Różnice czasowe z dzisiejszego punktu widzenia olbrzymie – wielu powiedziałoby, że jest pozamiatane. Ale nikt tu jeszcze nie składał broni. Nie w tamtych czasach i nie w tej szalonej edycji Touru.

Nazajutrz, na 255-kilometrowym etapie do Chaumeil, znów nastąpiła zmiana lidera. W ucieczce kolarzy z dalszych pozycji w klasyfikacji generalnej znalazł się Martial Gayant, który wygrał po solowej akcji na ostatnich kilometrach. Gayant, wyprzedzał teraz kolegę z Systeme U, Motteta, o 22 sekundy, z czego ten ostatni i drużyna wydawali się zadowoleni. Ściągało to presję z młodego Francuza, który wobec kiepskiej (po wypadku) dyspozycji Fignona, urósł do roli lidera najsilniejszej ekipy gospodarzy.

12 etap, ostatni przed Pirenejami, zasłużył na wzmiankę z innego powodu. Z dzisiejszej perspektywy nazwalibyśmy go „finiszem dumnych tatusiów”. Na mecie Davis Phinney (tata Taylora) minimalnie wyprzedził jednego z najlepszych sprinterów peletonu Jean-Paula Van Poppela (synowie Boy i Danny idą w jego ślady). A kraksy niestety zebrały kolejne żniwo. Z wyścigu ze zwichniętym ramieniem wycofał się Sean Kelly.

13 lipca skończyły się pieszczoty – 219 km na roztopionych upałem pirenejskich asfaltach. Na zjazdach niebezpiecznie było hamować, bo koła kleiły się do nawierzchni i opony zsuwały się z felg, co powodowało momentami dramatyczne sytuacje. Ekipy ratunkowe i wozy techniczne miały tego dnia sporo roboty. Aż 12 zawodników ubyło tego dnia z listy startowej. Nie wszyscy górale chcieli ryzykować w takich warunkach. Niektórzy jednak spróbowali i opłaciło się.

Etapowy zwycięzca, 23-letni Erik Breukink, był wschodzącą gwiazdą na kolarskim firnamencie. Dopiero drugi sezon ścigał się wśród zawodowców. W maju, debiutując w Giro, ukończył wyścig na podium. Teraz na przywitanie z Tourem wygrał pierwszy górski etap. Ale prawdziwym zwycięzcą etapu był Jean-Francois Bernard, który odrobił prawie 4 minuty do swojego rodaka i rywala, Charly Motteta. Jednak to ten ostatni, przy wydatnej pomocy Laurenta Fignona, zdołał zachować dla Systeme U żółtą koszulkę. Francja była w skowronkach. Jej dwie nadzieje walczyły o zwycięstwo w Wielkiej Pętli.

Drugi z pirenejskich etapów, do Luz Ardiden, był wprawdzie o ponad 50 km krótszy, za to kolarzy czekały góry cięższego kalibru. Pogoda zmieniła się. Kolumnę wyścigu powitały niski pułap chmur, mgły i chłód.

Zwycięstwo Daga-Otto Lauridsena w Pirenejach byłoby sensacją w każdych okolicznościach (ani przedtem, ani potem nie notował żadnych sukcesów w górach), zaś sposób, w jaki tego dokonał (na szczycie Col d’Aubisque tracił jeszcze 2’12” do Claveyrolata i 50” do Herrery, Wilchesa, Hampstena, Millara i Delgado, a to wszystko nazwiska z absolutnego topu wspinaczy. W tym zwariowanym wyścigu nawet takie rzeczy mogły się zdarzyć i bynajmniej nie wywoływało to wówczas komentarzy w dzisiejszym, agresywno-prokuratorskim stylu. Thierry Claveyrolat, który długo utrzymywał się na czele, dopnie w końcu swego i zostanie królem gór Touru – nastąpi to jednak dopiero za 3 lata.

Ten dzień znów przetasował talię. Po Pirenejach Francuzi nadal okupowali pierwsze pozycje, lecz już czuli na plecach oddech Stephena Roche’a. A z pierwszej 10-tki wypadli wcześniejsi bohaterowie ucieczek. Klasyfikacja całkowicie należała do górali. A Le Tour dopiero się rozkręcał.

Krzysztof Suchomski

P.S. Bonusem dla cierpliwych była możliwość przekonania się, jak pracowała na swą sławę Jeannie Longo – pierwsza dama kobiecego kolarstwa.

***********************

Wesołych Świąt

***********************

pierwsza część historii Tour de France 1987