Crazy Tour 1987 – Polskie otwarcie

 

Święta to czas, który w naturalny sposób łączymy w myślach z dobrymi, ciepłymi wspomnieniami. Chciałbym zatem wywołać z pamięci obrazy kojarzące się z najpiękniejszymi chwilami kolarstwa. Takimi, do jakich chętnie wraca się po latach, zauważając, że wcale się nie starzeją i nic nie tracą ze swej nieprzeciętnej urody.

Najwyżej cenię kolarstwo szosowe z lat osiemdziesiątych. Gdybym miał ułożyć coś w rodzaju rankingu zapamiętanych przeze mnie wyścigów Tour de France, na podium stałyby, rozpryskując wokół wirtualnego szampana, roczniki 1986, 1987 i 1989. Dwa z nich już w MB? prezentowałem, a Tour ’86 miał dodatkowo specjalną promocję przy okazji omawiania filmu „Slaying the Badger”. Teraz pora na przypomnienie edycji 1987.

Ten Tour był prawie tak szalony, jak Londyn w latach sześćdziesiątych. Może nie miał innego wyjścia? Aby zaimponować światu po zaledwie o rok starszym poprzedniku, gremialnie okrzykniętym „wyścigiem wszechczasów”, musiał zdobyć się na coś absolutnie wyjątkowego. Zamiar pozornie z gatunku tych niewykonalnych. A jednak się powiodło. Wyścig z roku 1987 zdołał wydostać się z cienia poprzednika i z pewnością został przez fanów kolarstwa dobrze zapamiętany.

O ile do Touru ’86 idealnie pasują określenia: epicki czy homerycki, to na myśl o jego następcy przychodzą mi do głowy słowa w rodzaju: szalony, zwariowany, zakręcony.

Organizatorzy robili, co mogli, by podbić stawkę, choć z pewnością marcowe zamieszanie ze zmianą dyrektora nie było zamierzonym chwytem reklamowym. Félix Lévitan został zastąpiony przez Jean-François Naquet-Radigueta, który najwyraźniej nie pozostawił po sobie najlepszego wrażenia, gdyż utrzymał się na posadzie niespełna rok. Natomiast marszruta wyścigu robiła wrażenie i to już nie był przypadek, bo firma Émiliena Amaury „poszła na całość”, planując rekordową w historii imprezy liczbę 25 etapów plus prolog, o łącznej długości 4321 km. Sześć górskich etapów oraz suma odcinków jazdy na czas wynosząca (razem z TTT) 209 km stanowiły o stopniu trudności wyścigu, którego trasę zaliczono wówczas do najtrudniejszych po wojnie.

mur-berlinski-do tour 87Wyścig miał wystartować w Berlinie, uświetniając obchody 750-lecia założenia miasta. Oprócz prologu zaplanowano po zachodniej stronie Muru Berlińskiego dwa etapy. Nie tylko czynnik sportowy, czy finansowy (Berlin wyłożył na organizację 5 mln marek) o tym decydował. Pachniało wręcz polityką. Wind of change zaczął już zmieniać klimat wschodniej części Europy, choć nawet optymiści nie mogli jeszcze przypuszczać, że wspomniana budowla, relikt „zimnej wojny”, ostoi się tylko niespełna dwa i pół roku. Bez wątpienia tak wielka impreza po tej stronie Muru działała na wyobraźnię po obu stronach, była elementem propagandowym podkreślającym wyższość jednego stylu życia nad drugim.

Wracając zaś do kolarstwa, wyścig (co nieczęsto się zdarzało) startował bez wyraźnych faworytów. W listopadzie poprzedniego roku, w wieku 32 lat, zakończył karierę zniechęcony utratą supremacji Bernard Hinault. W kwietniu poważnemu wypadkowi na polowaniu uległ obrońca tytułu, Greg LeMond. Wielcy rywale nie stanęli do kolejnej walki, a uzupełniający w 1986 roku podium Urs Zimmermann w tym sezonie na razie nie zbliżył się do tamtej dyspozycji, miał zresztą w teamie Carrery mocnego konkurenta.

Był wprawdzie dwukrotny triumfator Wielkiej Pętli, Laurent Fignon, lecz wszyscy wciąż mieli w pamięci dwie ostatnie edycje, których nie ukończył. Trzecie miejsca w Paryż – Nicea i hiszpańskiej Vuelcie sygnalizowały powolny powrót L’intello do formy, czy jednak była to już dyspozycja na miarę tej, która pozwoliła mu pobić w 1984 roku Hinaulta raczej wątpiono.

Swoich stronników miał Stephen Roche, którego wysokie aspiracje uzasadniało wygranie Giro d’Italia, dodatkowo podparte zwycięstwem w Romandii, 2. miejscem w La Doyenne i 4. lokatą w Paryż – Nicea. Na niekorzyść Irlandczyka „głosowało” 6 górskich etapów. Kolarz z Dublina nie był wybitnym góralem, choć z drugiej strony jego niespożyte siły i irlandzki upór sprawiały, że potrafił i z walki na zboczach wychodzić obronną ręką.

Zwolennicy tezy, że wyścig rozstrzygnie się w górach, szukali faworytów wśród największych asów wspinaczek: Robert Millar (2. w Giro), Luis Herrera (zwycięzca Vuelty), nieobliczalny Pedro Delgado (niespodziewanie poza podium Vuelty) czy Andy Hampsten (zwycięzca Tour de Suisse miał w opinii Amerykanów zastąpić nieobecnego LeMonda). Optymiści z Australii (zwłaszcza ci z gatunku niepoprawnych, których nie brak wśród tamtejszych dziennikarzy) liczyli, że do walki o podium włączy się Phil Anderson.

Gospodarze swoje nadzieje, poza Fignonem, lokowali w młodzieży. Wicemistrz świata, 24-letni Charly Mottet, dołożył do tego pieca, wygrywając Critérium du Dauphiné Libéré. Starszy o kilka miesięcy Jean-Francois Bernard wyszedł wreszcie z cienia Hinaulta i LeMonda, by móc w końcu liderować słynnej drużynie, a właściwie temu, co z niej pozostało.

Już sama liczba wymienianych na przedwyścigowej giełdzie nazwisk wskazywała, że typowanie przebiega w dużej mierze „po omacku”. Żaden z tego grona nie dobiegał jeszcze 30-tki, co może dziwić współczesnych kibiców przywykłych do tego, że Wielkie Toury są domeną dojrzałych i bardzo dojrzałych mężczyzn. Ale wówczas jeszcze nie wskoczyliśmy w EPOkę cudownych odmłodzeń i triumfy kolarzy w wieku „chrystusowym” i starszych nie były na porządku dziennym. Nie znaczy to, że ówcześni profesjonalni kolarze odwracali głowy na widok apteki, lecz repertuar środków wspomagających był wtedy nieporównywalnie uboższy i nie polegano na nich w takim stopniu jak w następnych dekadach. Po przekroczeniu 30-tki znacznie trudniej było utrzymać się na topie. Tak więc, seniorem w gronie faworytów był 29-latek Anderson, a 28-letni Roche czy o rok młodszy Fignon uchodzili już za „starych wyjadaczy”.

Świat miał swoje powody, by fascynować się tą edycją La Grande Boucle, my swoje. W barwach ekipy Del Tongo wystartowała dwójka Polaków, co samo w sobie było już precedensem. Co więcej, 1 lipca obaj zameldowali się w pierwszej dziesiątce prologu. Na 6-kilometrowej trasie Lech Piasecki przegrał o 3 sekundy ze zwycięzcą Jelle Nijdamem, wyprzedzając o 4 sekundy trzeciego Stephena Roche’a. Czesław Lang z czasem o 11 sekund gorszym od Holendra zajął 10 miejsce.

Nazajutrz było jeszcze lepiej. Obejrzyjmy fragment wyścigu będący kamieniem milowym w historii polskiego kolarstwa:

Polak zakładający na podium w Berlinie najcenniejszą kolarską koszulkę – nawet dziś, rozpieszczeni ostatnimi sukcesami, jodłowalibyśmy z zachwytu. Piasecki był pierwszym w historii kolarzem ze wschodniej Europy, który dostąpił tego zaszczytu. Zapamiętajmy tę datę: 2 lipca 1987 r. Wtedy polskie środki masowego przekazu (tak się wówczas określało media) odnotowały sukces, lecz powściągliwie, bez nadmiernej euforii. W końcu czym się podniecać? Zachodni Berlin, kapitalistyczny wyścig, to tylko koszulka lidera… Mimo pieriestrojki, oficjalna propaganda jeszcze tkwiła mentalnie korzeniami w kończącej się epoce. Nadal mistrzostwo świata amatorów z 1985 roku uważano za największy sukces kolarza z Poznania. Poczta Polska nawet znaczkiem pocztowym ten tytuł uhonorowała. A żółtej koszulki jakoś nie. Mają pewnie rację twierdzący od lat, że to niereformowalna instytucja.

Za to wyścig od początku uczciwie pracował na swą sławę. Posłuchajmy zatem Wind of change i przygotujmy się na następne sensacje. Jak zwykł zapowiadać Michael Buffer, Let’s get ready to rumble!!!

Krzysztof Suchomski