Jesienny nokturn

 

Grudzień. Na termometrze za oknem plus 8, siąpi deszczyk. White Christmas pewnie znów czeka nas tylko w nieśmiertelnej piosence Binga Crosby. Jesień, niczym Putin, zaanektowała sobie terytorium sąsiada bez wypowiedzenia wojny i udaje, że nic się nie stało. Ale są i pozytywne strony tego stanu rzeczy. Przedłużające się panowanie pory kasztanów, grzybobrań i grypy pozwala mi bezwstydnie udawać, że oto wcale nie spóźniam się, biorąc na warsztat temat Lombardii.

Próbuję jakoś dopasowywać historyczno – wspominkowe artykuły do bieżącego kalendarza kolarskiego. Od Nowego Roku wypadnie pisać raczej o klasykach wiosennych, a czekać z tekstem o Giro di Lombardia do przyszłorocznej jesieni byłoby zakiszaniem w beczce dobrego tematu. Zatem jesienna aura w sezonie narciarsko – łyżwiarsko – bałwankowym staje się moim sojusznikiem i może się nawet zakumplujemy.

Bo jak jesień, to skojarzenie z Wyścigiem Spadających Liści jest oczywistą oczywistością. La classica delle foglie morte jest jednym z pięciu kolarskich klasyków podniesionych do rangi monumentu i to wcale nie ostatnim (czyli najmłodszym), jak wskazywałaby pozycja w kalendarzu. Już na początku filmu włoski komentator daje nam do zrozumienia, że czapki z głów, bo opowiada nam o historii najstarszego (z dotrwałych do czasów współczesnych) włoskiego wyścigu na rowerach.

Filmu? Ano filmu (nie wspominałem wcześniej?…), bo o czymże innym może być mowa w Filmotece Arcydzieł. O szczegółach samego obrazu później. Nie są one aż takie istotne. Nie da się ukryć, że kandydatem do Oscarów nigdy nie był i (podobnie jak z pokazywanym na inaugurację FA filmem o Ronde Van Vlaanderen) to wyścig kolarski jako główny bohater, przesądza o jego atrakcyjności. Więc zanim odpalimy projektor filmowy w naszym kinie, zdążę jeszcze na zachętę poopowiadać trochę na jego temat.

Zorganizowała go (jak prawie wszystko we Włoszech, poza rolnictwem i nielegalnym totocalcio) La Gazetta dello Sport. Było to w 1905 roku. Inne włoskie świętości: Giro d’Italia (1909) i Mediolan – Sanremo (1907) miały dopiero zaistnieć. Organizatorzy mieli zatem do dyspozycji prawie cały kalendarz, z wyjątkiem tych terminów, które prędzej zaklepały sobie Liege-Bastogne-Liege, Paris-Roubaix i Tour de France. Co ich podkusiło na ten październik?

Konsekwencje tego wyboru nie są dziś dla Il Lombardia (aktualna, skrócona nazwa imprezy) korzystne. Jeszcze w latach 80., lubujący się w podkreślaniu swej wyjątkowej roli w kolarstwie, Włosi nazywali ją Il mondiale d’Autunno – jesiennymi mistrzostwami świata (Milano – SanRemo do dziś dumnie przedstawia się jako mistrzostwa świata wiosenne). Nazwa straciła sens, gdy kolarski czempionat przeniesiono (robiąc miejsce dla Vuelty) z lata na jesień. A po ostatnim majstrowaniu przy kalendarzu, Lombardia znalazła się wręcz w cieniu mistrzostw świata.

Może termin miał związek z kultem Madonny z Ghisallo – patronki cyklistów. Jej kaplica na szczycie wzgórza Magreglio od początku była najbardziej charakterystycznym fragmentem trasy lombardzkiego klasyku. Kult wywodzi się jeszcze z czasów średniowiecza i wziął początek od legendy o baronie Ghisallo cudownie uratowanym z rąk bandytów. Madonna stała się patronem podróżnych. A że przyszły czasy, gdy najpopularniejszym środkiem lokomocji stał się rower, patronat objął rowerzystów. Do kaplicy znoszono w ofierze kolarskie pamiątki i to dało początek obecnemu Museo del Ciclismo.

Jakakolwiek by nie była pierwotna przyczyna, skutki dziś odbijają się czkawką. Marketingowo wyścig wiele na tym traci. Nie jest wydarzeniem, na które czeka się miesiącami (jak na klasyki wiosenne praktycznie pozbawione prestiżowej konkurencji), ani nawet okazją do celebrowania zakończenia sezonu, jak dawniej, bo tę funkcję przejmują różne azjatyckie wynalazki.

Pozostało jej pełnić rolę wycieraczki łez, nagrody pocieszenia dla pechowców i niespełnionych. Dobrze, że nareszcie coś wygrał – kwitowaliśmy ostatnie zwycięstwa Dana Martina i Joaquina Rodrigueza. A przy okazji – w 2013 roku Rafał Majka zajmując 3. miejsce, poprawił najlepszy do tamtej pory polski wynik, czyli 5. miejsce Przemka Niemca z 2011 roku. A w tym roku po raz pierwszy na starcie monumentu oglądano Polaka w tęczowej koszulce mistrza świata.

Tak było ostatnio, a jak to wyglądało na początku dowiemy się z filmu wyprodukowanego w 1984 roku dla lokalnej, lombardzkiej stacji telewizyjnej i potem rozpowszechnianego na kasetach video. Nosi tytuł La storia del Giro di Lombardia. Autorem tekstu komentarza i lektorem jest Beppe Conti – popularny dziennikarz, autor książek i gwiazda kolarskich programów RAI.

Na czarno-białych (jak na uczciwe archiwalia przystało) fragmentach starych filmów oglądamy początki wyścigu, szacownych i (to przecież Włosi) nienagannie ubranych organizatorów, pierwszych triumfatorów (Giovanni Gerbi) i pierwsze legendy (Alfredo Binda). Widzimy kolarzy defilujących dostojnie przez historyczne centrum Mediolanu i tłumy na trasie. Lekkim zawodem jest dla mnie brak obrazów z 1928 roku, kiedy to powódź zalała niżej położoną część trasy. Z historycznych źródeł wiadomo, że kolarze posuwali się naprzód chodnikami, bo jezdnie zamieniały się w rwące strumyki, zaś widzowie, robiąc miejsce rowerzystom, wskakiwali na płoty, murki i gzymsy domów. Ale wyścigu nie przerwano. I jak tu nie kochać Włochów.

Lwią część filmu twórcy poświęcili powojennemu okresowi, kiedy to Fausto Coppi wygrał cztery razy z rzędu, by potem pięć kolejnych lat uparcie i do skutku walczyć o piąty laur, który do dziś zapewnia mu miejsce na samym topie multitriumfatorów Lombardii. Złote lata włoskiego ciclismo, bo obok Campionissimo mieli talię asów tej klasy co Bartali, Magni, Volpi, Minardi, Defilippis, Ronchini, a honoru „reszty świata” bronili Bobet, Kübler, Koblet, Van Steenbergen, Darrigade, Van Looy. W 1951 roku 26-letni Louison Bobet wygrał Milano – San Remo i zamknął sezon klamrą spinającą, pokonując na welodromie w Mediolanie o pół koła samego Coppiego. To była sensacja, ale wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że za niecałe 2 lata Bretończyk wyruszy po pierwszego w historii Tour de France hat-tricka, odbijając z rąk Włochów najcenniejsze trofeum Francji. A w 1956 roku Coppi już widział się szósty raz na najwyższym podium, lecz pianę z tego piwa zdmuchnął mu szybki rodak Bobeta, Andre Darrigade.

Lata 60. i 70. to czas kolejnych włoskich idoli Felice Gimondiego i Francesco Mosera, ale i kogoś, kto niczym nemezis pojawiał się wszędzie, gdzie było coś do wygrania. Kanibal wygrał dwa razy i raz zadowolił się drugim miejscem, co jak na niego zaiste nie jest rekordem świata. Nie żebym zaraz dzwonił do niego i pytał: co tak kiepsko, Eddy?, ale na kolana nie rzuca.

Nie pamiętam, jak to do końca było z telewizją kolorową, poza tym, że do naszej części Europy dotarła z wielkim opóźnieniem. Do Lombardii chyba też (choć przysłowiowa bieda kojarzy się raczej z południem Italii), przynajmnie tak można by z oglądanego filmu wnioskować. Kolorowe transmisje pojawiają się na ekranie dopiero od 1977 roku. Kolejne lata (do 1983, na którym filmowa historia się kończy) oglądamy już w dużym skrócie, jakby realizatorom filmu niewiele taśmy na rolce zostało. Hinault, Kuiper i wreszcie Giuseppe Saronni, jeszcze jedna postać w galerii bożyszczy włoskich kibiców. Kolarz pochodzący z Piemontu (jak Coppi) w 1982 roku wygrał lombardzki monument, jadąc w tęczowej koszulce. Takiej sztuki dokonali przed nim tylko: Alfredo Binda (1927), Tom Simpson (1965) i Eddy Merckx (1971), a po nim Oscar Camenzind (1998) i Paolo Bettini (2006).

Ostatnia z prezentowanych końcówek – ta z sezonu ’83 – jest szczególnie ciekawa. Głównym powodem jest to, że po raz pierwszy o przyznaniu zwycięstwa decydowała fotokomórka. Bez wątpienia był to najbardziej ekscytujący finisz w historii wyścigu. Do mety dojechała kilkunastoosobowa grupka, a do samej kreski o wygraną walczyło aż sześciu kolarzy. Ostatecznie wygrał o przysłowiowy błysk szprychy Sean Kelly przed mistrzem świata Gregiem LeMondem i Holendrem Adrie Van der Poelem. Na podium nie starczyło już miejsca dla Hennie Kuipera, Francesco Mosera i Gilberta Glausa. Ciekawostką jest, że na rozegranych miesiąc wcześniej mistrzostwach świata podium miało dokładnie taki sam skład, tylko zmieniła się kolejność.

Tu pozwolę sobie na osobistą dygresję. Dorastałem w kulcie Wyścigu Pokoju i kolarstwa zwanego (pal licho, czy słusznie) amatorskim. „Przeszedłem na zawodowstwo” pod koniec lat 70. Moimi pierwszymi i największymi zawodowymi idolami zostali właśnie tak zaciekle na tej ostatniej prostej walczący LeMond i Kelly. Ich pojedynki ramię w ramię są historią samą w sobie. O ile Amerykanin gościł na mych łamach tak często, że pewnie czuje się tu jak na swoim rancho, o tyle tekstów o Królu Kellym, dotąd jak na lekarstwo. Nadrobimy. Blog rozkręcał się w sezonie grand-tourowym, stąd Greg miał dużo więcej szans, by załapać się na bohatera kolarskich opowieści. Teraz szala się przechyli, bo na horyzoncie sezon klasyków, a to domena Irlandczyka i okazji do wspominania jego niecodziennych wyczynów nie zabraknie. Już się na nie cieszę.

No ale, jak mawiali starzy kowboje, my tu sobie gadu gadu, a Indianie kradną ognisko. Wstępna prelekcja zrobiła się długa niczym zimowy wieczór, czym prędzej zatem zapraszam na seans:

 

Komentarz jest naturalnie po włosku, czego w żadnym wypadku nie należy się obawiać. Włoski to najwspanialszy język na świecie. Nawet słowa w nim nie znając, można wszystko świetnie ogarnąć. Na czym ten cud polega naukowcy do końca nie rozkminili, choć jest świeża teoria (tak zwana „teoria trzech palców”), że Włosi to zamaskowani Słowianie.  Siądźcie wygodnie, słuchawki na uszy, wpatrujcie się w ekran i nawet się nie zorientujecie, w którym momencie zaczniecie redaktora Conti rozumieć lepiej niż rodaków przemawiających z trybuny sejmowej. Taka jest bowiem moc arcydzieł. Ja, na przykład, po obejrzeniu filmu już nigdy nie powiem tak zwyczajnie: Lombardia. Będę śpiewnie wymawiał: Lombardija …ija …ija …ija… [powtórzyło za nim echo].

A dla przedkładających wiedzę ponad intuicję, załączam podręczny słowniczek:

corsa – wyścig

percorso – trasa

ciclista – rowerzysta, kolarz

corridore – zawodnik ………… corridori – zawodnicy …….. „i” na końcu rzeczownika (jeśli to nie nazwisko) tworzy przeważnie liczbę mnogą

anno – rok ………… anni – lata

team – zespół kolarski

gruppo – grupa, grupka

rivale – rywal

grande – wspaniały, wielki

vincitore – zwycięzca ……. plurivincitore – wielokrotny zwycięzca

testa di corsa – czołówka

primo, secondo, tercio, quatro, cinque, sei, sette – liczebniki od 1 do 7

cinquecento – 50 (albo stary, kiepski samochód)

giornalista – dziennikarz

vantaggio – przewaga

incidente – wypadek, zdarzenie

passare – minąć, wyprzedzić

singolo – samotnie

maglia – koszulka

bicicletta – rower

strada – droga

collina – wzgórze

curva – zakręt

arrivo – meta

vittoria – zwycięstwo

tempo – czas

minuti e secundi – minuty i sekundy

salita – wspinaczka, droga pod górę

ciclismo – kolarstwo

podio – podium

ultimo – ostatni

chilometro – kilometr

campione – mistrz

successo – sukces

ritorno – powrót

quanto costa bottiglia? – ile kosztuje butelka? (może się przydać)

ottobre – październik

molto – dużo

futuro – przyszły, -a

secondo conflitto mondiale – II wojna światowa

internazionale – międzynarodowy, -a

straniera – zagraniczny, -a

organizzatori – organizatorzy

partecipanti – uczestnicy

particolare – szczególny

edizione – edycja

numero – liczba, numer

spettatore – widz

storia – historia

storica – historyczna

citta – miasto

pioggia – deszcz

vento – wiatr

finale – finisz

francese – Francuz

belga – Belg

olandese – Holender

 

Tak uzbrojeni możecie śmiało oczekiwać transmisji na RAI w nadchodzącym sezonie. Życzę wielu emocji.

Krzysztof Suchomski