69. Tour de Pologne: Widać poprawę.

 

Nasz narodowy Tour wygląda interesująco nie tylko na reklamowych videoklipach. Dworujemy sobie z tego czasem (bez złośliwości, rzecz jasna), ale ta setki razy powtarzana przez Czesława Langa mantra o kolarskiej Lidze Mistrzów dokonała jednak wyłomu w świadomości Polaków. Nikt nad Wisłą i Odrą już nie wątpi, że mamy imprezę na europejskim poziomie. Ofensywa marketingowa, w której udało się wykorzystać pozytywny efekt EURO 2012, ma przekonać do tego (i naszego pięknego kraju) resztę Europejczyków, szczególnie zaś tych, którzy podpisują czeki i przelewy.

Langteamowy aparat propagandowy nie kłamie. Jest lepiej. Tak z samym wyścigiem, jak i z kondycją polskiego zawodowego peletonu. Dobra, ofensywna jazda Polaków stanowi potwierdzenie tego, co obserwujemy od początku sezonu – można już śmiało powiedzieć, że rodzi się nowa jakość. Nasi kolarze coraz odważniej wychodzą z roli kolarskich szarych myszek, kopciuszków pracujących na „dobrze urodzonych” Włochów czy Belgów i dopominają się o swoje.

Trasa wyścigu, w naszych warunkach, zbliżona jest do optimum. Nie da się z naszego kraju, przy istniejącej infrastrukturze i ograniczeniach ekologicznych, wiele więcej wycisnąć, zarówno pod względem zróżnicowania i sportowej skali trudności, jak i atrakcyjności folderowo – turystycznej. Kibice z zadowoleniem powitali powrót do darzonego zasłużonym sentymentem Orlinka, przez wiele lat będącego znakiem firmowym wyścigu. Gwiazdą Dookoła Polski pozostaje jednak etap w Bukowinie, którego profil, przypominający dolną szczękę rekina przed wizytą u stomatologa, zaczyna robić furorę w kolarskim światku. Ponieważ dysponujemy sprawdzoną trasą o takich walorach, to warto, dyskontując organizacyjny sukces EURO, pomyśleć o organizacji mistrzostw świata w kolarstwie szosowym.

Jeśli czegoś brakowało trasie tegorocznego TdP, to tylko inywidualnej czasówki, która sprawiłaby, że o losach wyścigu nie decydowałyby w tak dużym stopniu bonifikaty. Warto zauważyć, że nawet parokilometrowy prolog dałby nam w tegorocznych konfiguracjach tak wyczekiwane zwycięstwo w generalnej klasyfikacji.

Niestety, wyścig nieodmiennie jest fatalnie (dlaczego mnie to nie dziwi?) pokazywany przez TVP, co wielokrotnie środowisko kolarskich fanów sygnalizowało i z niesmakiem odnotowujemy, że w tym względzie nic nie zmienia się na lepsze. Niekompetentnym sprawozdawcom towarzyszy niekompetentny realizator transmisji i wystraszeni pracą odbiegającą od ich codziennej rutyny, nie bardzo wiedzący co i jak filmować, kamerzyści.
Czy aż tak drogo wyszłoby sprowadzenie z Włoch paru fachowców od realizacji transmisji? Nawet tacy kolarscy nuworysze, jak Turcy, umieli się wokół tego zakrzątnąć.

Oszczędzając na kosztach telewizyjnego przekazu ryzykujemy, że pieniądze wlożone wcześniej w promocję przyniosą mniejszy od spodziewanego efekt. Mamy imprezę na światowym (nie bójmy się słów) poziomie, a pokazujemy ją na poziomie „Śluby, komunie, pogrzeby i inne uroczystości rodzinne, zadzwoń pod numer…”.

Rok po roku marzymy o widoku naszego reprezentanta na najwyższym podium. Trzeba przyznać, że tym razem byliśmy tego bliscy, jak nigdy w protourowej erze wyścigu. Michał Kwiatkowski zrobił, co mógł. Trasę wyścigu przejechał tak szybko jak jego triumfator. Włoch lepiej finiszował i to zrobiło różnicę. Kwiatkowski nie dysponuje piorunującą końcówką i śmiało możemy powiedzieć, że to, co zademonstrował na finiszach i tak przerosło nasze oczekiwania. Możemy sobie tylko podywagować, jak wyglądałaby końcowa klasyfikacja, gdyby Zdenek Stybar w Cieszynie nie przedłożył własnego interesu nad interes zespołu.



Fot. Szymon Gruchalski | fot. ATCommunication 
Na marginesie – od dawna brakuje nam kogoś, kto (jak niegdyś Piasecki czy Spruch) potrafi wykończyć akcję. Analogicznie do futbolu, gdzie potrzebny jest w drużynie łowca goli, który w odpowiedniej chwili przyłoży nogę czy głowę tam, gdzie trzeba, w kolarskim teamie też nieodzowny jest ktoś stawiający kropkę nad i. A finiszować na rowerze może każdy. To nie jest kwestia genów, jak w biegu na setkę, gdzie „białas” nie podskoczy piratom z Karaibów. Cavendish i Sagan pokazali, że wcale nie trzeba do tego mieć ani kolarskiego rodowodu, ani uświęconych stuletnich tradycji.

Jak wyżej wspomniano, „Kwiatek” wykonał normę z dużą nawiązką, ale przed wyścigiem to nie on był naszym kandydatem do zwycięstwa. Wydawało się, że trasa faworyzuje paru innych. W Karpaczu wystartowało siedemnastu Polaków. Największe nadzieje wiązaliśmy ze startem reprezentacji „biało – czerwonych” z Markiem Rutkowskim i Bartoszem Huzarskim. Czy tylko pech na pierwszym etapie pozbawił ich szans w końcowej klasyfikacji? Mamy wątpliwości, czy to akurat wicelider drużyny powinien być tym, który odda koło liderowi. A w sporcie chodzi też o to, by nad pechem specjalnie się nie rozwodzić, umieć go ujarzmić, w przeciwnym wypadku wpadamy w manierę cokolwiek „rabobankową”.

Obaj nasi faworyci nie złożyli po pierwszym etapie broni. „Rutek” dzielnie atakował na rundach w Cieszynie (choć nie była to jego słynna „deszczowa piosenka”), a „Huzar” był bohaterem epickiej akcji piątki kolarzy na szóstym etapie. Za to niewiele dobrego da się powiedzieć o ich kolegach z drużyny.Piotr Wadecki miał tym razem inny pomysł na reprezentację. Doświadczeni zawodnicy mieli wesprzeć liderów w walce o zwycięstwo. Koń jaki był, każdy widział. Kogo (skoro wszyscy o tym wiedzieli) trzeba było przekonywać o przepaści dzielącej Pro Tour od Pro Ligi? Co z tego, że biało-czerwona koszulka czasem „pokazała się” przed peletonem? Który zagraniczny skaut zapisał w notesie nazwiska Bartlomieja Matysiaka czy Mateusza Taciaka? Kto z włoskich czy niderlandzkich menedżerów zaproponuje kontrakt nieznanemu polskiemu 28 – latkowi? Zeszłoroczna koncepcja skladu drużyny była dla polskiego kolarstwa zdecydowanie korzystniejsza, dająca nadzieję na spore, sportowe, profity w przyszłości.

Nie przepadam za stanowczo nadużywanym w kolarskich relacjach pojęciem „pokazywać się”. Wyścig to nie wybieg dla modelek. Tu chodzi o to, by zwyciężyć, zdobyć trofeum, założyć na podium koszulkę lub pomóc osiągnąć to koledze. Mam wrażenie, że po pierwszym etapie nasi reprezentanci (poza omówionymi wyżej wyjątkami) całkowicie stracili koncepcję i jechali dalej na zasadzie: pokażcie się, chłopaki, w telewizji, a potem „róbta co chceta”.

Gdyby nie protourowcy spisalibyśmy wyścig na straty. Wielkie brawa dla Tomka Marczyńskiego, „króla gór”, po którym nie widać już konsekwencji przygody na Giro. Szkoda, że tak późno obudził się Przemek Niemiec. Na najtrudniejszym etapie pokazał, że miał „nogę” pozwalającą myśleć o wygraniu GC. Nie oszczędzał się przecież na Igrzyska. Adrian Kurek (przykład zeszłorocznej, udanej promocji), którego awans do protourowej elity jest tylko kwestią czasu, nie mniej śmiało niż przed rokiem walczył o koszulkę najaktywniejszego kolarza.

Dodać wypada parę słów o zagranicznych uczestnikach wyścigu, których w końcu było więcej niż naszych, choć nie zawsze było to widoczne. Szczerze mówiąc, ze strony kolarskich gwiazd więcej było rozczarowań niż potwierdzeń mołojeckiej sławy. Z tych pierwszych wymienię: Boonena (kontuzja), Hushovda (ponoć choroba), Ballana, Bennatiego, Hausslera, Gasparotto, Pozzovivo, Antona, Viscontiego, Ventoso, Leukemansa. Nocentini ukończył wyścig w top 10, ale za diabła nie mogę sobie przypomnieć, bym widział go w jakiejś akcji. Więcej spodziewałem się też po paru młodych wilkach w rodzaju Demaré, Modolo i (mimo finiszu w Krakowie) Degenkolba. Natomiast wyścig w swoich CV odnotują z satysfakcją:

Moreno Moser – noblesse oblige, z takim nazwiskiem i takimi genami wstyd byłoby nie zrobić kariery. 22-latek dowiódł, że nieprzypadkowo odniósł w tym roku parę zauważalnych sukcesów, lecz wygranie tygodniówki World Tour to inna bajka – coś, co przeniosło go w kolarskiej hierarchii o dwa piętra. Etap do Bukowiny rozegrał zaskakująco dojrzale, wyczekał do ostatniej chwili i w stylu di Luki z najlepszych lat zgarnął pulę. Rośnie Włochom nowy Killer. Za rok, najdalej dwa, może być jemu i Saganowi za ciasno w jednej drużynie.

Ben Swift – niespodziewanie, lecz zasłużenie najlepszy sprinter potwierdza, że nie przypadkiem uznano go w swoim czasie za wielki talent. Może się dalej rozwijać w roli sprintera, ale także jako specjalista od klasyków.

Sergio Henao – później dołączył do elity protourowców niż jego rodak i kolega Uran, ale nie ustępuje swemu rówieśnikowi talentem. To nie były góry, jakie lubi, mimo to bliski był zwycięstwa.

Ekipa Liquigas – wyjeżdża z sukcesem. Jej kolarze skutecznie wspomagali swego młodego lidera, i choć czasem robili to tak dyskretnie jak angielska służba – prawie nie było ich widać – to, jak mówi Księga, po owocach ich poznacie.

Ekipa Sky Teamu – to oni rozdawali karty w wyścigu i gdyby nie zaskakujący kontratak Mosera, prawdopodobnie wygraliby GC, a my wzdychalibyśmy: no tak, znów „Niebiańscy” rządzą.

W przyszłym roku wracamy do terminu sierpniowego, ale nie to będzie zmianą wywołującą dreszczyk emocji. Wyścig swą siedemdziesiątą edycję najprawdopodobniej rozpocznie we włoskiej prowincji Trentino, co uczyni z Tour de Pologne światowca pełną gębą. O korzyściach promocyjnych i biznesowych płynących z takiego rozwiązania chyba nie muszę nikogo przekonywać. Ach, żeby jeszcze za realizację transmisji wzięła się RAI.

Nierealne?… A może jednak? Kiedyś nikt nie wierzył w kolarską Ligę Mistrzów w Polsce. Ale jeden człowiek miał marzenie. I potrafił je zrealizować. Dziękujemy.

Krzysztof Suchomski