Diabełek z pudełka

 

Zaczęło się od informacji, że Primavera wraca na stare ścieżki i wyścig znów będzie kończył się na owianej legendą Via Roma. Wieść ta przekazywana Twitterem z ust do ust (czy może z dzioba do dzioba?…) nierzadko zawierała załącznik – zdjęcie Óscara Freire podnoszącego triumfalnie ręce na wspomnianej Via Roma właśnie.

jack_freire 2

Co przypomniało mi o jednym z moich kolarskich idoli, o którym (biję się w piersi, aż dudni) zaskakująco mało dotąd na moim blogu. Zajęty składaniem hołdów sprinterowi wszechczasów, Markowi Cavendishowi, niemal na śmierć zapomniałem, że przez prawie dekadę byłem adoratorem niezwykłego talentu Oscarito. Spieszę zatem nadrobić to niedopatrzenie.

Jest taka zabawka, u nas znana jako diabełek wyskakujący z pudełka, a na przykład w angielskiej strefie językowej nosząca miano Jack-in-the-box. Ten gadżet najlepiej oddaje sposób, w jaki pojawił się na światowej kolarskiej scenie mały hiszpański sprinter. Nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, został mistrzem świata. A było to tak:

Hurtowo pokazałem wszystkie trzy zwycięstwa małego kolarza z Kantabrii w światowych czempionatach, których dokumentację mamy w ten sposób odfajkowaną. Zaznaczmy, że Werona była dla Freire wyjątkowo szczęśliwym miejscem. Tu wygrywał zarówno w 1999 roku, jak i 5 lat później, gdy przyjechał po swój trzeci tytuł.

Wróćmy jednak do tego pierwszego wydarzenia. Przed nim 23-latek niczego (istotnego) w wyścigach seniorów nie wygrał, mimo to dołączono go do narodowej reprezentacji. Był na tyle anonimową postacią, że gdy na ostatniej prostej odjechał z prowadzącej grupy, nikt się za nim nie pofatygował i tak doszło do sensacji i jednego z najdziwniejszych zwycięstw w dziejach mistrzostw świata.

Nie da się powiedzieć, by sposób, w jaki wtedy wygrał, był dla niego charakterystyczny. Przeciwnie, najczęściej wygrywał sprinty grupowe, obojętnie, czy był to peleton, czy wyselekcjonowana trudnościami trasy grupka. W 2004 roku, jak widzieliśmy, ładnie rozprowadził go Valverde, co jest przykładem na zgodną na ogół współpracę hiszpańskich gwiazd na czempionacie. Ale Freire świetnie czuł się w roli pasażera na gapę i nie potrzebował własnych pociągów, choć gdyby regularnie miał je do dyspozycji (jak sprinterzy włoscy czy niemieccy)  liczba jego palmares byłaby pewnie jeszcze bardziej imponująca,

Oscarito nazywany był też przez rywali Kotem, bo potrafił długo czaić się w ukryciu, cicho i niezauważalnie skradać się do zdobyczy, by we właściwej chwili uderzyć jednym, świetnie wymierzonym skokiem. Atakował w ostatnim momencie, a dzięki fantastycznemu przyspieszeniu, był często nieuchwytny dla konkurentów. W tej umiejętności nagłego wyskakiwania zza pleców rywali mógł mu dorównać jedynie inny kolarski cwaniak, Robbie McEwen. Do legendy przeszła scena, którą ilustruje poniższe zdjęcie:

Primavera Milaan-San Remo

SanRemo, rok 2004. Erik Zabel już czuł się (kolejny raz) zwycięzcą monumentu. Podniósł triumfalnie ręce i wtedy wyskoczył ten niesamowity diabełek z pudełka. Skąd się tu wziąłeś? – zdążył jeszcze pomyśleć zszokowany Niemiec, który miał w tym roku do Óscara wybitnego pecha – Hiszpan sprzątnął mu też sprzed nosa mistrzostwo świata.

Milano – SanRemo i czempionat były ulubionymi zawodami Oscarito. W miarę rozwoju swego talentu nie ograniczał się do roli dominatora na płaskich końcówkach. Zadziwiał wszechstronnością, coraz lepiej radząc sobie na bergach, nienajgorzej wytrzymując mniejsze góry, a i niestraszne stały się mu flamandzkie bruki.

Mistrzem świata został, będąc zawodnikiem katalońskiej drużyny Vitalicio Seguros, która po roku jego pierwszego triumfu zakończyła działalność. Posiadacz tęczowej koszulki awansował do opromienionej sukcesami poprzedniej dekady ekipy Mapei-QuickStep. Po trzech sezonach i wycofaniu się z kolarstwa głównego sponsora, wreszcie znalazł bezpieczną przystań w Rabobanku. I z pomarańczowymi barwami holenderskiej ekipy, dla której ścigał się 9 lat, kojarzony jest najbardziej.

Ileż to razy na ostatnich kilometrach starałem się złowić wzrokiem tę niepozorną sylwetkę w pomarańczowej koszulce,  z niekłamanym podziwem obserwując jej manewry, sposób w jaki korzysta z zasłon i „darmowej podwózki”, czujność ważki nie przepuszczającej najmniejszej okazji, by zająć dogodniejszą pozycję. Ostatnie minuty Primavery z 2010 roku można oglądać, niczym wykład profesora o taktyce rozgrywania końcówek.

Oscarito nie trwonił sił, by reagować na chaotyczne akcje podnieconych Włochów, lecz ani na moment nie tracił ich z pola widzenia. Z zimną krwią kontrolował sytuację i przewidywał rozwój wypadków. Kocim zwyczajem czaił się w ukryciu – jego nazwisko pada z ust komentatorów po raz pierwszy dopiero w 7 minucie i 13 sekundzie, a po minucie z sekundami jest już pozamiatane. Profesor Freire trafnie ocenił, gdzie i kiedy nastąpi decydujące natarcie. Na ostatnich 1500 m nie zszedł poniżej 3. pozycji, pewnie usadowiony za dwójką kolarzy Liquigasu, za plecami miał silnego jak tur, ale dysponującego zbyt słabym przyspieszeniem, by mu poważnie zagrozić, Boonena. To się nie mogło skończyć inaczej – końcowe metry pachniały egzekucją.

Majstersztykiem rozgrywania mass-sprintu była wygrana Oscarito w tym samym roku w cenionym klasyku Paris – Tours. Proszę przyjrzeć się na powtórkach, z jaką maestrią  wykorzystuje zasłony i impet rywali, by najmniejszym wydatkiem energii osiągnąć potrzebną prędkość i znaleźć się w idealnym miejscu do decydującego ataku. Czysta poezja.

Po tym zwycięstwie Hiszpan podwójnie wzbogacił swą kolekcję nagród. Wszedł bowiem w posiadanie Ruban Jaune (Żółtej Wstęgi) za rekord średniej prędkości osiągniętej na klasyku. Wynikiem 47,73 km/h, wymazał z tabel osiągnięcie Zabela z 2003 (choć po dwóch latach i jemu odebrał ten „żółty szalik” Marco Marcato).

freire_jack 4Może i historia kolarstwa zna lepszych sprinterów, ale moim faworytem został Óscar Freire. Trzykrotny mistrz świata i potrójny triumfator Primavery, zwycięzca Gent-Wevelgem, Hamburga i Paris-Tours, zdobywca zielonej koszulki Tour de France, zwycięzca (znów 3-krotny) Brabanckiej Strzały i etapów Touru i Vuelty, nie wspominając o innych, licznych wygranych w imprezach pro-tourowych i niższej rangi. Jednym słowem – kolarz spełniony. Pewien niedosyt, jeśli można o czymś takim mówić w przypadku tak efektownej kariery, wiąże się z ardeńskim tryptykiem. Mimo wielu prób i wysiłków podejmowanych do samego końca kariery (2012), bywał blisko podium, ale nie udało mu się na nim stanąć.

Mój ulubieniec zdobył imponujące doświadczenie, które sprawia, że znakomicie sprawdza się w roli pundita. Z ogromną przyjemnością (i pożytkiem dla własnej wiedzy) czytam jego przenikliwe i celne analizy najważniejszych wyścigów klasycznych.

A za wszystkie piękne akcje, którymi cieszył nasze oczy i za całokształt kariery należałby mu się jakiś kolarski… Oscar… Gdyby ktoś zechciał kiedyś, coś takiego ufundować.

Krzysztof Suchomski