70. Tour de Pologne Resumé: Rozbrykany jubilat

 

W cieniu większego jubileuszu naszego narodowego touru ukrył się mniejszy. 20 lat temu dyrektorem wyścigu został Czesław Lang. To głównie dzięki niemu Tour de Pologne z wyścigu „poza kategoriami” UCI wspiął się do pierwszej dziesiątki wyścigów wieloetapowych. Wyścig Dookoła Polski przeżył wiele historycznych przemian naszego kraju, na które dziś spojrzeć można z różnych perspektyw. Na przykład takiej: kiedy przed ponad 40 laty wygrywał Staszek Szozda, parę milionów chłopców chciało być Szozdą. Znacie dziś choć jednego chłopca, który marzy, by być… Weeningiem?

Trasa i obsada – przyjęło się, że te dwa czynniki decydują w największej mierze o atrakcyjności wyścigu. Jak świętować, to na całego. Wydarzeniem sezonu, nie tylko w Polsce, było umiejscowienie dwóch etapów w Dolomitach. Eksperyment geograficzny nie był jedynym w tegorocznym wyścigu. Można powiedzieć, że staruszek Tour (czy tak uchodzi dostojnemu jubilatowi?) cokolwiek nam się w tych eksperymentach rozbrykał. Każdy z nich wzbudził wiele kontrowersji i zapewne dyskusje o celowości takich rozwiązań długo nie umilkną. Przeniesienie startu w region Trydentu stanowiło spore wyzwanie pod względem propagandowym, organizacyjnym i logistycznym. Trzeba przyznać, że organizatorzy wyszli z niego obronną ręką. Mieliśmy po raz pierwszy w historii Wyścigu Dookoła Polski prawdziwie górskie etapy. A że i polskie odcinki urodą mogły śmiało konkurować, tegoroczna trasa z pewnością wytrzymywała porównania z czołowymi etapówkami. Wielu uczestników podkreślało, że wyścig jest trudny, w czym swój udział miała też upalna pogoda.



Fot. Szymon Gruchalski / tourdepologne.pl
Obsada, przynajmniej na papierze, też wyborowa. Zwycięzcy Grand Tourów i monumentów, mistrzowie świata, medaliści olimpijscy – istny raj dla łowców autografów. Niestety z formą kolarskich asów różnie było – niektórzy przyjechali do nas tylko zaliczyć kilometry lub, w najlepszym wypadku, sprawdzić „nogę” na pojedynczym etapie. Dlatego sportowe emocje, które przynosiła, pasjonująca nierzadko, walka na poszczególnych etapach, w dużo mniejszym stopniu przekładały się na wywołującą niższe skoki adrenaliny rywalizację w klasyfikacji generalnej. Szczerze mówiąc, gdyby nie udział Polaka, Rafała Majki, w walce o żółtą koszulkę, patrzylibyśmy na nią raczej chłodnym okiem. Trudno by było inaczej, gdy kolarz okupujący 60. pozycję w rankingu World Tour zmaga się z zajmującymi odpowiednio miejsca 53. i 78. Przy czym ten, który ostatecznie stanął na najniższym stopniu podium, Christophe Riblon, był jedynym naprawdę wzbudzającym sympatię publiczności. Tym, którego zapamiętamy z solowej wspinaczki na Passo Pordoi i brawurowego kontrataku na etapie do Bukowiny. O zwycięzcy wyścigu, Pieterze Weeningu i drugim w GC, Jonie Izagirre, da się powiedzieć tyle, że przetrwali minimalizując straty na najtrudniejszych etapach i dobrze pojechali na czas. To wystarczyło do pokonania Majki i Sergio Henao, którzy uchodzili tu za faworytów, a swe szanse, jak się wydaje, pogrzebali zbyt pasywną jazdą w Trydencie.

Długa czasówka, zaplanowana jako szansa na zrównoważenie spodziewanych po Dolomitach różnic, okazała się w pierwszym (ciekawe, czy nie ostatnim?) naszym górskim wyścigu decydująca. Wygrał ją (co było jedynym jego celem) Bradley Wiggins, który na 37 kilometrach dosłownie pożarł Fabiana CancellaręTaylora Phinney’a i Marco Pinottiego. Te nazwiska budzą zrozumiały respekt – dołóżcie nieobecnego Tony Martina i piątka czasowców światowego czempionatu, jak w pysk strzelił.

Nie druzgocące zwycięstwo wracającego powoli do równowagi Wiggo było jednak największym wydarzeniem wyścigu. Sensację i podziw wywołał na zupełnie nie zapowiadającym emocji etapie do Katowic finisz Phinney’a. 23-letni Amerykanin przez 8 km jechał przed nosem rozpędzonego na płaskiej, szerokiej drodze peletonu. Coś takiego właściwie nie ma prawa się zdarzyć na wyścigu World Tour. Wydawałoby się, że tego typu sztuczki można jedynie ukartować w pokazowych kryteriach, dla zabawienia publiczności, ot, takie kolarskie Haarlem Globetrotters. A jednak działo się najzupełniej poważnie, byliśmy tego świadkami i jeszcze po latach będziemy o tym opowiadać „przy obozowych ogniskach” (oczywiście, w miarę upływu lat dodając kilometrów i ubarwiając opowieść).

Ekipa BMC wyjeżdża z Polski „w skowronkach”, bo oprócz popisu Phinney’a dwukrotnie na listę etapowych zwycięzców wpisał się Thor Hushovd, dając tym świadectwo, że pogłoski o jego kolarskiej emeryturze były nieco przesadzone. Faktem jest, że tegoroczna stawka sprinterów na kolana nie rzucała. Innym pozytywnym bohaterem wyścigu był Darwin Atapuma, którego europejscy koledzy nie chcieli zabrać na wspólne zwiedzanie drogi do Zakopanego. Zdenerwował się szef kolumbijskiej ekipy Claudio Corti, perorując na temat mobbingu i wojny bogatych z biednymi, a 25-latek z Tuquerres wyładował swą sportową złość w najlepszy z możliwych sposobów – nie dając rywalom szans na etapie do Bukowiny.

Kibice z kilku krajów mieli zatem więcej powodów do radości niż nasi. Wobec sportowej absencji Michała Kwiatkowskiego (który testował swoje talenty w roli VIP-a), honoru biało – czerwonych przyszło bronić Rafałowi Majce. Ostatecznie zajął 4. miejsce, mimo bodaj najlepszego w karierze występu w jeździe na czas, na pocieszenie otrzymując na podium koszulkę zwycięzcy klasyfikacji punktowej. Rola faworyta, którą przed startem „uszczęśliwiły” go media, sprawiła, że górskie etapy pojechał zbyt spięty. Z pozycji outsidera atakować byłoby łatwiej, ale to se ne vrati. Po Giro Rafał musi oswajać się z ciężarem rozbudzonych oczekiwań. Teraz zaznał smaku jazdy w żółtej koszulce wyścigu World Tour i nabrał jeszcze większego apetytu.



Fot. Szymon Gruchalski / tourdepologne.pl
Drugi z naszych majowych bohaterów, Przemek Niemiec, kończy intensywnie spędzony sezon wyraźnie zmęczony, doczłapał więc sobie bezstresowo do mety, o co raczej nikt nie miał do niego pretensji. Przykre natomiast, że na sporych odcinkach trasy człapał obok niego Sylwek Szmyd, dla którego sezon na dobre jeszcze się nie zaczął i po którego występie wiele sobie obiecywaliśmy.

Tomek Marczyński i Bartek Huzarski ubrali na koniec koszulki najlepszego górala i najaktywniejszego kolarza 70. Tour de Pologne. Mnie taka jazda „na Rollanda” nigdy nie przekonywała, ale do koszulek dołączono imponujących rozmiarów czeki, więc ja to rozumiem – żyć z czegoś trzeba. I wciąż mam nadzieję, że „Maniek” odzyska na czas formę z ubiegłorocznej Vuelty.

Nie da się ukryć, że polscy kibice są zniecierpliwieni ciągnącą się od lat serią braku nawet etapowego sukcesu naszych zawodników. Nieliczne w tej edycji chwile radości zawdzięczaliśmy naszym „emigrantom”, zaś w ekipach rodzimych najbardziej rzucali się w oczy stranieri: senior wyścigu Davide Rebellin i Nikołaj Michajłow. A z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że zwycięzcami klasyfikacji drużynowej zostali kolarze Radioshack Leopard Trek.

Na tym zakończyłbym wątek główny, sportowy, powyścigowych rozważań. Pora odnieść się do nowinek regulaminowych, których poligonem była organizowana przez Lang Team impreza. W szeregu komentarzy powtarza się konstatacja, że zmniejszenie składów do sześcioosobowych uczyniło rywalizację bardziej „otwartą” (cokolwiek miałoby to oznaczać). Domyślać można się, że chodzi o brak tak zwanych pociągów, zarówno górskich, jak i sprinterskich. Polemizowałbym z takim poglądem, bo typowy pociąg rzadko liczy więcej niż 5 zawodników. Ich brak na Tour de Pologne mógł więc równie dobrze mieć charakter jakościowy, a nie ilościowy. Jeśli pięciu pomocników nie potrafiło pomóc Majce gonić Riblona czy Atapumę, co dałoby dołożenie dwóch podobnych? Zamiast czterech jeźdźców bez formy (lub bez motywacji) wystarczyliby na przykład dobrze dysponowani Rogers i Roche – rzecz więc nie w ilości a w klasie. Co do sprintów, to klasycznych sprinterów było niewielu, a składy ekip nie były układane pod nich – nie byłyby również w ośmioosobowym formacie, więc i w tym przypadku znaczenie ograniczenia liczebności wydaje się przeceniane. Bez wątpienia „szóstki” sprawdziłyby się najlepiej w wyścigach jednodniowych. Jaka jest ich przyszłość w tygodniówkach, trudno na podstawie jednej próby wyrokować.

O nowości polegającej na przyznawaniu bonusów czasowych na podstawie podliczeń punktów mających miejsce po etapie radziłbym jak najszybciej zapomnieć. Sprawiała niepotrzebny problem wszystkim: kolarzom, dyrektorom sportowym, organizatorom, komentatorom, widzom. Poza przypadkiem utraty żółtej koszulki przez Rafała na rzecz Baska Izagirre na 5. etapie, nie miała jakiegoś widocznego wpływu na jakość rywalizacji. Z reguły „po staremu”, kto inny bił się o zwycięstwo w generalnej klasyfikacji, kto inny ciułał punkty na premiach.

Do „odrobienia” pozostał jeszcze jeden wątek uboczny, choć bardzo, jak pokazała praktyka, ważny. Mógłbym go nawet nazwać filozoficznym, bo jakże inaczej określić naturę pytań, jakie nachodziły mnie w trakcie minionego tygodnia. Czy można żyć jednocześnie w dwóch rzeczywistościach? Jeśli tak, to jak stwierdzić, która rzeczywistość jest bardziej rzeczywista? Jeśli nie, to jak rozpoznać, który z bytów jest wyłącznie ułudą?

Jak widzicie, nie są to pytania, nad którymi można spokojnie przejść do porządku dziennego (a nawet nocnego), dopić piwo i iść spać. Szczere i dogłębne wyjaśnienie tych ontologicznych wątpliwości wymaga dokładnego oświetlenia tematu „trzech palców i dwóch bytów” Reflektorem Bossa, który w tym właśnie celu zamierzam ponownie włączyć w rozpoczynającym się tygodniu.

Krzysztof Suchomski