Gladiatorzy w cieniu arkad

 

Emilia Romania trochę niesprawiedliwie pozostaje w cieniu sławionej przez poetów, filmowców i biura turystyczne Toskanii. A przecież to równie piękny region, szczycący się wspaniałościami architektury, najstarszym uniwersytetem, arcydziełami z Maranello, świetną kuchnią i urzekającymi plenerami.  W porównaniu z Toskanią to jednak nie ta „siła marki”, toteż nawet ci, którzy mogli zachwycać się zabytkami Bolonii i Ferrary, czy upojnie zabawić w Rimini, rzadziej kojarzą to z nazwą regionu.

W Bolonii człowiek na każdym kroku ociera się o historię, również i tę najnowszą. Bo w równym stopniu, co zabytki przy Piazza Maggiore, czy spaghetti po bolońsku, rozsławił imię miasta najtragiczniejszy zamach terrorystyczny drugiej połowy XX wieku. Bolonia, nie bez racji zwana najbardziej czerwonym z włoskich miast, w niespokojnych czasach przyciągała lewackich radykałów i ekstremistów. A jednocześnie (bo kontrasty są we Włoszech codziennością) zjeżdżają tu pielgrzymi, których wabi górujące nad miastem, położone na wzgórzu San Luca, Sanktuarium Świętej Dziewicy.

Santuario della Beata Vergine di San Luca-2

Dotrzeć tam można ulicą Via Saragozza. To słynna droga pątników, dla których w latach 1674-1793 pobudowano arkady, aby ułatwić im wejście na 300-metrowe wzgórze, osłonić przed deszczem, słońcem i wiatrem. Budowla nosi nazwę Portico di San Luca, liczy 3 i pół kilometra długości i składa się z (uwaga!) 666 łuków. Dan Brown z pewnością dorobiłby do tej kabalistycznej liczby fascynującą teorię.

Wspominam o tym wszystkim, by przedstawić scenę, na której rozgrywa się jeden z mych ulubionych jednodniowych wyścigów kolarskich. Giro dell’Emilia, którego blisko 200-kilometrowa trasa krąży po malowniczych jesienią okolicach Bolonii i kończy się na wzgórzu San Luca, rozgrywany jest od 1909 roku. Podjazd na wzgórze, z reguły pokonywany przez kolarzy trzykrotnie, stanowi spore wyzwanie. Ma długość 2 km przy przewyższeniu 270 m. Średnie nachylenie wynosi 10,8%, ale maksymalne dochodzi do 17%. Kibice, licznie zgromadzeni w arkadach, mogli więc przez dziesiątki lat do woli napatrzeć się na  fascynujące zmagania wybitnych specjalistów od pagórkowatych klasyków z rasowymi góralami. A że łuki Portico nadają scenerii tej rywalizacji wyjątkowy klimat, zamieniają szosę w arenę walki średniowiecznych gladiatorów, impreza jest jakby stworzona dla telewizji (aż dziw bierze, że w sieci tak mało można znaleźć filmików pokazujących najświetniejsze lata wyścigu). I mimo, iż wielu zawody te traktowało jak główny sprawdzian przed rozgrywanym kilka dni później lombardzkim monumentem, to jednak triumf na San Luca również był sam w sobie trofeum cennym i pożądanym w kolekcjach najsławniejszych asów roweru.

Salire_a_San_Luca

Krócej niż wymienianie triumfatorów pewnie trwało by wyliczenie, kto z kolarskich znamienitości z Półwyspu Apenińskiego nie stał tu na podium.  Fausto Coppi wygrywał trzykrotnie,  w 1949 roku pokonując w bezpośredniej walce swego wielkiego rywala, dwukrotnego zwycięzcę, Gino Bartalego, który zrewanżował się Piemontczykowi w 1952 roku. Historia wyścigu składa się z wielu pojedynków kolarskich sław, choć do 1972 roku był to wyłącznie biznes dla Włochów. Ale w tym właśnie roku pojawił się tu Eddy Merckx, a jak wszystkim wiadomo, pojawiał się na starcie w jednym tylko celu. Po raz kolejny pognębił tu swego rywala i przyjaciela Felice Gimondiego. Ten ostatni nigdy tu nie wygrał (choć stawał na podium), gdyż 3 lata później, pewne wydawałoby się zwycięstwo sprzątnął mu sprzed nosa mało znany Enrico Paolini.

W 1974 roku walkę o zwycięstwo rozegrali mistrzowie wyścigów klasycznych. Moser pokonał De Vlaemincka, który nie rezygnował, lecz na dołączenie Emilii do swoich palmares musiał czekać do 1976 roku. Zaś Checco powtórzenie zwycięstwa na San Luca świętował jeszcze później, bo w 1979.

Na początku lat 90. dwa razy z rzędu pierwszy meldował się na mecie obecny selekcjoner azzurich Davide Cassani, co ucieszyło bolończyków od kilku lat oglądających zwycięstwa kolarzy zagranicznych. Od zaliczenia klasycznego hat-tricka „wybawił” Cassaniego jadący w tęczowej koszulce rodak Gianni Bugno, pokonując go w 1992 roku na finiszowych metrach. Uparty Davide dopiął swego trzy lata później, a po nim na listę zwycięzców wpisywali się kolejni idole gospodarzy: Bartoli, Simoni, Basso, Rebellin i Di Luca. Natomiast (co dziwi, kiedy zważy się wyniki sąsiedniej Lombardii) ani razu nie „załapali się” na podium bolońskiego klasyka inni ulubieńcy włoskich kibiców, Bettini i Cunego.

Ostatnie lata lepiej pamiętamy. Najpierw dwukrotne wygrane Roberta Gesinka, obiecujące dużo więcej, niż przyszło mu po nich dokonać. Szkoda, bo jak widać na poniższym filmie, Holender potencjał miał nielichy. Później, zbyt często przegrywał nie tyle z rywalami, co z samym sobą.

Potem, zgodnie z modnym trendem, przyszła kolej na sukcesy kolumbijskiej young power. Zwycięzca z 2011, Carlos Betancur, ma od dwóch sezonów problemy, przy których nawet kłopoty Gesinka wydają się przejściową grypą. Solidniejszą opcją na światową karierą okazał się Nairo Quintana, który na San Luca zademonstrował styl zapamiętany później z Touru 2013 i zeszłorocznego Giro.

Kolumbijczycy wygrywali nie  z byle kim, bo Giro dell’Emilia, mimo pozostawania poza World Tourem, nadal miał obsadę, na jaką parę imprez WT mogło popatrywać z zazdrością. Niestety, w ostatnich dwóch sezonach ranga wyścigu znacznie ucierpiała wskutek zabaw z kalendarzem majsterkowiczów z UCI. Tak bardzo chcieli odzwyczaić środowisko kolarskie od myśli, że Wyścig Spadających Liści kończy sezon  (by uratować to, czego uratować się nie dało, czyli ostatnie podrygi chińskiej ostrygi), że zamienili terminy dwóch najciekawszych imprez rozgrywanych po mistrzostwach świata. Zburzyli tym sposobem wiekową tradycję i całą logikę jesiennej serii włoskich klasyków, polegającą na stopniowaniu trudności z każdym startem aż do wieńczącej pasjans Lombardii.

rebellin emilia

Jedynym plusem tej zmiany (z naszego punktu widzenia) było umożliwienie zwycięstwa rozsławiającego barwy polskiego teamu Davide Rebellina, który powtórzył sukces po 8 latach. Noszący przydomek Tintina 43-latek mógłby z powodzeniem reklamować przednie włoskie wina sloganem: Starsze jest lepsze.

I niechby wzięli sobie tę sentencję do serca włodarze światowego kolarstwa z takim zapałem rujnujący zacne kolarskie tradycje.

Krzysztof Suchomski