Dla kogo ten Tour?

 

Panuje wśród kolarskich kibiców przekonanie, mocno ocierające się o teorie spiskowe, że organizatorzy wyścigów mają tendencje do układania tras „pod kogoś”. Dotyczy to zwłaszcza wyścigów wieloetapowych, których rozstrzygnięcie jest poczytywane za „sprawę narodową” (w większości przypadków) lub też za „Sprawę Narodową” (tam, gdzie popularniejszym od roweru środkiem lokomocji jest skuter), a nawet „Sprawę Narodową Najwyższej Wagi” (gdzie narodowym instrumentem jest akordeon). kogut galijski avPrzyjęło się dość powszechne mniemanie, iż zwycięstwo przedstawiciela nacji organizującej wyścig poprawia społeczny poziom zadowolenia z życia, podnosi narodowe morale, na czym zależy tamtejszej władzy centralnej (zwłaszcza jeśli to akurat rok wyborów) i lokalnym watażkom. Tras wyścigów wprawdzie nie planują politycy, ale co szkodzi tkwić w przekonaniu, że organizatorzy to „zbrojne ramię władzy”.

Odkładając na bok ideologię, spójrzmy na zawody sportowe bardziej pragmatycznie. To przecież biznes, za którym stoją konkretne interesy firm i środowisk. Na zwycięstwie „swojaka” można pięknie zarobić, bo mało co lepiej służy nakręcaniu koniunktury. Zarobią organizatorzy, sponsorzy, media, miasta – gospodarze, sprzedawcy wszelakich usług i gadżetów, uruchamiając finansowy „łańcuszek szczęścia” – bo jak biznes się kręci, to wszyscy są szczęśliwi.

W sporadycznych przypadkach interesom świetnie służyć może wygrana „obcego”. Musi wtedy za tym stać jakaś dobrze sprzedająca się story, na przykład legenda człowieka, co się rakowi nie kłaniał. B i BTaka historia to istna żyła złota. Dla bohatera, ale i wszystkich, którzy są w pobliżu. Dlatego RB z pewnym zażenowaniem przyjął opublikowaną z okazji 60. urodzin wypowiedź Bernarda Hinaulta na temat konieczności całkowitego ogołocenia Armstronga z gotówki. Niesmaczne to, zważywszy, że w Internecie do dziś krążą tysiące zdjęć, na których Borsuk obściskuje się z Bossem. Jakoś ani on, ani nikt inny z Francuzów dotąd nie zająknął się na temat zrzeczenia się góry pieniędzy, jakie dzięki legendzie Teksańczyka zarobili.

Włochów, którzy wymieniani są w ścisłej czołówce kolarskich „nacjonalistów”, też niedawno podejrzewano, że marszrutę Giro 2013 ustawili dla Wigginsa, kusząc go do startu mocno zwiększoną liczbą kilometrów „walki z czasem”. Zapowiedź pojedynku utytułowanego Brytyjczyka z nadzieją Italii pompowała koniunkturę i pozwalała wyjść medialnie z cienia potężnego Tour de France.

Historia się powtarza. RCS epatuje najlepszego obecnie brytyjskiego szosowca 60-kilometrową czasówką. ASO Cię nie chce, Chris? Olej ich, u nas będziesz miał jak u mamy – szepczą mu do ucha niczym Diabeł Stróż. A licho nie śpi i do licytacji włącza się Vuelta: Hola, Chris. My też mamy dla Ciebie długą i płaską czasóweczkę jak z obrazka. Tylko patrzeć, jak organizatorzy Grand Tourów zaczną prezentować przed kolarskimi rainmakerami swe wdzięki i zalety w stylu panienek z amsterdamskiej De Wallen.

00020074-073Szefowie ASO, póki co, mizdrzą się do francuskiej publiczności. Wycięliśmy czasówki, skróciliśmy etapy. Cóż jeszcze mielibyśmy zrobić dla naszych dzielnych kolarzy? Chodzi o młodych górali Pinota i Bardeta, którzy przez aklamację zostali nominowani w kategorii Ostatnie Nadzieje Francji. Kiedy nad Sekwaną ochłonięto z lipcowej euforii, co bardziej trzeźwi zdali sobie sprawę, że dwa miejsca na podium zawdzięczają gospodarze nie tyle wyjątkowej klasie, co splotowi okoliczności, który raczej się nieprędko powtórzy. No chyba, że losowi wyjdzie się naprzeciw i udzieli wydatnej pomocy.

Medialne doniesienia głoszą, że wyścig można nie tylko ustawić „pod kogoś”, a nawet „przeciw komuś”. I kto to mówi? Były triumfator Wielkiej Pętli, Pedro Delgado, niedawno określił przyszłoroczną edycję jako Anti-Froome Tour, co z lubością podchwyciły brytyjskie media. Nieco już zakurzony Perico miał po latach swoje pięć minut. Słuchając przytaczanych wypowiedzi Hinaulta czy Delgado, RB nie mógł się jednak oprzeć konstatacji, że zdecydowanie lepiej panowie wypadali na szosie niż przed mikrofonem.

nibali 2Natomiast całkiem interesująco zaprezentował się w wywiadzie udzielonym portalowi cyclingnews.com, uważany dotąd za nieszczególnie medialnego, Vincenzo Nibali. Trudno się ze zwycięzcą Tour de France (i laureatem RBA) nie zgodzić, zwłaszcza w pierwszej części wywiadu, gdy mówi: Kolarstwo nie jest już takie, jak w czasach kolarzy „trzymających władzę” i decydujących o pewnych sprawach. Te dni odeszły. Teraz jesteśmy jak każdy zatrudniony w korporacji, któremu płaci się za spełnianie określonej roli, czy to w firmie, czy w drużynie. Sponsorzy oczekują wielkich nazwisk w wielkich wyścigach i żądają w nich zwycięstw. Z tego punktu widzenia, jadąc w Giro i walcząc w nim o zwycięstwo, mógłbym zniweczyć moje szanse na powtórne wygranie Tour de France.

Bardziej „ślisko” było w drugiej części, bowiem przy pytaniach dotyczących dopingu w Astanie i relacji z Vino, Sycylijczyk (!) dziwnie przypominał Ala Pacino, który w drugiej części Ojca Chrzestnego „czytał z kartki” przed Komisją Senacką: Jestem uczciwym obywatelem i nic nie łączy mnie z organizacją nazywaną mafią.

Takie skojarzenia zawsze jednak napełniają RB niekłamaną satysfakcją. Bo czy może być coś bardziej inspirującego niż związek wielkiego sportu z wyrafinowaną sztuką?

Krzysztof Suchomski