Vuelta 2013 Resumé (2): Mañana, mañana…

 

Wyobrażam sobie, co działoby się na konferencjach prasowych, gdyby Horner w taki sposób stłamsił konkurentów na Tour de France. Media zżarły by go żywcem, a temat dopingu zdominowałby większość relacji z wyścigu. Na Vuelcie wyczynom 42-latka towarzyszył klimat bardziej przypominający wiejską plebanię niż oko cyklonu. Atmosfera sjesty wyraźnie różni hiszpańską imprezę od „światowo” rozgorączkowanego i plotkarskiego vanity fair znanego nam z Tour de France.

Kamerzyści mają pewnie w tej kwestii odmienne zdanie, zwłaszcza po wjechaniu (czy może precyzyjniej: próbach przebicia się) na Angliru. Zaznaczam więc, że uwaga dotyczyła klimatu medialnego wydarzenia, bo o tym, że kibice hiszpańscy potrafią gorąco dopingować na trasie nie trzeba nikogo przekonywać.

Naszą publiczność wyczyny Chrisa Hornera, ochrzczonego nad Wisłą „Dziadkiem”, poruszały też jakoś mniej. Uwaga polskich fanów koncentrowała się na występie rodaków. Apetyty rozbudzone trzema nad wyraz udanymi dla naszej husarii Wielkimi Tourami miał zaspokoić przede wszystkim Rafał Majka. I długo wydawało się, że miejsce w czołowej 10-tce klasyfikacji generalnej jest w jego zasięgu. Przyszedł jednak feralny etap do Andorry i nasz as atutowy padł ofiarą zimna. Ostatecznie skończył wyścig na 19. pozycji, która nie jest przecież słabym wynikiem. Jeszcze rok temu byłaby zapewne określona jako sukces młodego zawodnika Saxo Tinkoff, ale ponieważ w tak zwanym międzyczasie zaserwowano nam dwa miejsca w top 10 Giro d’Italia, to już wydaje nam się, że możemy kręcić nosem. W dupach się poprzewracało, ot co! – powiedziałby szyszkownik Kilkujadek.

Z drugiej strony, mało entuzjastyczne przyjęcie występu Polaków na Vuelcie świadczy o tym, że normalniejemy i pozbywamy się w końcu kompleksów. Miejsce Polaka w czołówce jakiegokolwiek wyścigu nie jest już wydarzeniem powodującym bicie w dzwony i dziękczynne pielgrzymki do Częstochowy. Teraz chciałoby się, aby któryś z naszych przejechał pierwszy linię mety, bo rodzą się kolejne pokolenia kibiców, dla których Zenek Jaskuła jest postacią równie mityczną co książę Józef Poniatowski.

 

Poniatowski
Śmierć ks. Józefa Poniatowskiego w nurtach Elstery. Grafika autorstwa Gianniego Dagli Ortiego
Źródło: AFP fot. Gianni Dagli Orti
 

Na coraz bardziej natarczywe błagania kibiców o wygranie etapu nasi ulubieńcy ze stoickim spokojem odpowiadają: mañana, señor, mañana…. I ta „maniana” trwa już sobie tak dwadzieścia lat.

Biało – czerwoni nie wystąpili na 68. Vuelcie w rolach głównych, lecz mają swój niewątpliwy udział w sukcesach liderów swoich zespołów i było ich w peletonie, a czasem przed nim, widać. Miło było zobaczyć znów Sylwestra Szmyda w roli górskiego pacemakera, choć trzeba przyznać, że z funkcji luksusowego gregario wygryzł go José Herrada. Potwierdził zasygnalizowaną latem zwyżkę formy Maciek Paterski, a najbliższy osiągnięcia efektownego sukcesu był na 16. etapie Bartek Huzarski. Szkoda, że wskutek przeziębienia nie udało się dokończyć wyścigu Tomkowi Marczyńskiemu. Liczyliśmy bardzo na to, że Maniek odzyska w końcówce sezonu ubiegłoroczną formę. Co się odwlecze, to nie uciecze – Florencja czeka.

 

rafał majka na vuelta 2013
 

Znacznie gorzej od naszych muszą czuć się fani kolumbijskiego kolarstwa. Po efektownej wiośnie i wyczynach andyjskich górali na dwóch ostatnich Grand Tourach przyjmowaliśmy niemal za pewnik, że będą tu kontynuować triumfalną passę. Spotkało nas spore rozczarowanie, bo miejsca pod koniec trzeciej dziesiątki duetu z drużyny „Niebiańskich” nawet najbezczelniejsi pi-arowscy kuglarze nie odważyli by się nazwać sukcesem. Wprawdzie tak imponujący na Giro Carlos Betancur zjawił się na starcie otłuszczony niczym gęś przed włożeniem do piekarnika, ale nie przypuszczaliśmy, że wykupi „miesięczny” w grupetto i straci ponad 4 godziny do zwycięzcy.

Skoro mowa o rozczarowaniach, w kategorii drużynowej wątpliwą palmę pierwszeństwa dzierży tym razem ekipa Sky. Ci, którzy do niedawna rozdawali karty i mieli ambicje zdominować wszystkie Wielkie Toury, wypadli fatalnie i nie ratuje złego wrażenia jeden dobry dzień Wasyla Kiryjenki, który raptem (lepiej późno niż wcale) przypomniał sobie, że swą mołojecką sławę zawdzięcza długim solowym eskapadom. O kolumbijskich asach była już mowa. Pewnie nie tylko mnie wydawało się, że cele drużyny całkowicie rozmijają się z im obu tylko znanymi priorytetami. Zaś przypatrując się nieskutecznym poczynaniom Eddy’ego Boassona Hagena, zastanawiałem się, gdzie podział się niegdysiejszy „morderca z twarzą dziecka”.

Wprawdzie jeszcze gorzej wypadła pechowo pozbawiona lidera drużyna Garmin, ale nie przyjechała przecież na podbój Hiszpanii, więc ich postawa raziła mniej. Natomiast na męki Tylera Farrara (przy tej konkurencji powinien pokusić się o powtórzenie wyczynu Degenkolba) po prostu nie dało się patrzeć bez znieczulenia.

Największe straty poniosła na trasie wyścigu ekipa Vacansoleil, dowożąc do mety w Madrycie zaledwie trzech zawodników. Miała jednak w przetrzebionych szeregach Juana Antonio Flechę, jednego z najwaleczniejszych uczestników tej edycji. Nie poznawałem wręcz zwykle nastawiającego się na jeden, góra dwa etapy indywidualisty – widmo bezrobocia potrafi jednak zmobilizować.

Do grona przegranych dorzucam oba teamy z Italii. Ivan Basso, lider Cannondale, do nieszczęsnego 14. etapu pokazywał się z bardzo dobrej strony i wydawało się, że wbrew sceptykom zdoła tym występem uratować stracony sezon. Niestety, jako jeden z nielicznych poddał się pogodzie, niwecząc wysiłek swój i kolegów, którym wygrany przez Daniele Ratto etap tylko częściowo wynagrodził rozczarowanie. Druga z włoskich ekip, Lampre, nie może się pochwalić nawet wygranym etapem, mimo dostrzegalnych wysiłków czynionych przez Michele Scarponiego i Maximiliano Ariela Richeze.

Nie może wyścigu do udanych zaliczyć belgijskie Lotto. Jedynym powodem do dumy może być dla nich postawa prawdziwego Iron Mana, czyli Adama Hansena, który w drugim z rzędu roku dokonał sztuki ukończenia kompletu Grand Tourów. Nie udało mu się wprawdzie trafić idealnie w 72. miejsce w GC okupowane w poprzednich trzytygodniówkach, ale 60. też niezłe, a swą postawą na Peña Cabarga pokazał, że nie zamierza w imprezie tylko statystować. Kolejnymi przegranymi jawi się niewidoczny w wyścigu zespół BelkinuBauke Mollema pokazał się tylko raz, za to efektownie, na płaskim finiszu pokazując sprinterom miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. Drużyna w zielono – czarnych trykotach po stracie Laurensa Ten Dama i „Lulu” Sancheza nie za bardzo miała czym straszyć.

Litanię niespełnionych zamyka pomarańczowa armada Euskaltel, mimo dojechania w komplecie i zwycięstwa w klasyfikacji drużynowej. Indywidualnie liczyli jednak na więcej. Samu Sanchez, ambitnie walcząc, odrobił straty z pierwszej fazy wyścigu, kończąc ostatecznie na 8. miejscu. Pozostałym wyraźnie brakowało sił i w miarę upływu czasu obsuwali się coraz niżej w klasyfikacji.

Mająca w Polsce kibiców Omega Pharma otwiera wyliczankę tych, co „zremisowali”. Gola strzelił Zdenek Stybar, pokonując na kresce samego mistrza świata, ale boleć musi prestiżowa porażka w jeździe na czas Tony Martina. Zdecydowanie więcej spodziewałem się tutaj po Gianni Meersmanie. Francuski Cofidis wyjeżdża z koszulką w niebieskie grochy, kontynuując piękną serię Moncoutie. Na nic więcej i tak nie mogli liczyć. Drugi obok nich posiadacz „dzikiej karty”, hiszpański Caja Rural, nie zaakcentował w tym roku swej obecności tak spektakularnie jak w poprzednim, ale dwa miejsca w drugiej dziesiątce klasyfikacji generalnej są wystarczającym alibi. Po obiecującym pokazie formy pod Jeziorami Neila liczono na trochę więcej ze strony Davida Arroyo, przyznać jednak trzeba, że bardziej widoczny od sławniejszego kolegi (mimo zajęcia niższej lokaty) był Portugalczyk André Cardoso.

 

gilbert
 

5 września o godzinie 17.45 sejsmografy na kuli ziemskiej zanotowały wstrząs spowodowany kamieniem spadającym z serca Philippe Gilberta, który odniósł tak długo wyczekiwane zwycięstwo w koszulce mistrza świata. Jeden etap i niespodziewanie wysoka 14. pozycja w GC Dominika Nerza to trochę mało jak na ambicje teamu BMC. Natomiast 6. lokata Domenico Pozzovivo prawdopodobnie zadowoliła sponsorów ekipy AG2R, choć w środkowej fazie wyścigu wydawało się, że włoski mikrus może liczyć na coś więcej.

Na plus zapisze występ sprinterska Orica. Swoje zrobiła tym razem nogami Michaela Matthewsa, który godnie wyręczył kontuzjowanego Gerransa. Jeszcze bardziej zadowoleni mogą być szefowie teamu Argos, bowiem Warren Barguil nad wyraz efektownie potwierdził słuszność polityki stawiania na utalentowanych dwudziestolatków. O ile bardzo łatwo wyrokować o zaletach takiej polityki, o tyle dużo trudniej dokonywać właściwych wyborów potwierdzających tę tezę. Holendrom z Team Argos znakomicie się to udaje. Z dorodnej młodzieży dumni są też w FDJ. Dwa górskie etapy padły łupem Alexandre Genieza i najmłodszego zdobywcy Angliru Kenny Elissonde, a o rok starszy Thibaut Pinot pokonał swoje koszmary i paru konkurentów do 7. miejsca w GC. Tę grupę zamyka Team NetApp, potwierdzający słuszność przyznania mu dzikiej karty 9. miejscem Leopolda Koeniga. Czeski debiutant zadziwił nie tyle efektownie wygranym etapem na Alto de Peñas Blancas (z tej strony dał się wcześniej poznać), co równą jazdą w Pirenejach i świetnym wytrzymaniem trudów wyścigu.

Na deser pozostawiłem sobie ekipy walczące o najwyższe laury. Katiusza, mimo trzech wygranych etapów i dwóch zawodników w top 10, może czuć niedosyt, ponieważ ominęło ją podium. Z pewnością bardziej zawiedziony czuje się Purito. Mnie bardzo przypadła do gustu jazda Daniego Moreno, który zwłaszcza po znakomitej końcówce na Valdepeñas de Jaen mógł być naprawdę z siebie dumny. Usatysfakcjonowana miejscem Nicolasa Roche’a i dwoma etapowymi skalpami jest także drużyna Saxo Tinkoff, w której składzie jechał sprawca być może największej niespodzianki Michael Morkov.

Movistar umieścił swojego lidera na podium, a mocna ekipa przez wiele kilometrów nadawała ton wyścigowi. Dało się zauważyć, że praca zespołu nie zawsze została przez Alejandro Valverde właściwie spożytkowana. Sprytniej postąpili szefowie Astany, mimo posiadania czerwonej koszulki często pozwalając prowadzić peleton konkurentom, rozsądnie gospodarując zarówno siłami lidera, jak i jego pomocników. Znakomicie taktycznie rozegrany wyścig oraz umiejętności i charakter Enzo Nibalego powinny dać im zwycięstwo. Gdyby nie Horner…

 

trójca
 

Królem polowania pozostaje oczywiście drużyna Radioshack. Mieli w szeregach nie tylko najlepszego kolarza, ale również najlepszego gregario (w osobie Roberta Kiserlovskiego) i najlepszego czasowca. Fabian Cancellara, który wydatnie dopomógł Hornerowi w odniesieniu sukcesu, miał swoją prywatną satysfakcję, odnosząc ważne psychologiczne zwycięstwo nad Tony Martinem.

Z kilku co najmniej względów 68. edycja Vuelta a España zapisze się trwale w historii i będzie długo (i miejmy nadzieję wciąż ciepło) wspominana. Emocje pogasły ze światłami rampy, pewne wątpliwości być może gasnąć będą dłużej. Od dziś możemy zacząć zastanawiać się, jakie atrakcje wymyślą dla nas organizatorzy w przyszłym wydaniu impezy. Parafrazując francuskie powiedzenie, zauważmy że: na Vuelcie jak na Vuelcie. Pewne wydają się tylko emocje i to… że niczego nie można być pewnym.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część