Vuelta 2013 Resumé (1): Jurassic Park

 

Ta bezczelna Vuelta najwyraźniej wciąż ma problem z zaakceptowaniem swego miejsca w szeregu. Pannica, nie mogąc sprostać w popularności dostojnemu rodzeństwu, co rusz epatuje kolarską rodzinę ekstremalnymi wyskokami, pilnie dbając o zachowanie reputacji wielkotourowego l’enfant terrible. A to termin zmieni (bo co tam tradycja, dobra dla „wapniaków”), a to najtrudniejszą trasę wspinaczkową sobie wymyśli, albo największą liczbę etapów kończących się podjazdem, a gdy i to przestaje robić wrażenie, zaszokuje wszystkich zwycięzcą – dinozaurem.

Do tej pory przyzwoitość nakazywała wygrywać Wielkie Toury grubo przed czterdziestką. Kolarz starszy od inżyniera Stefana Karwowskiego mógł co najwyżej spodziewać się pozwolenia od liderów na solowy odjazd po etapową nagrodę, by sobie trochę dorobić przed emeryturą. Bez mała 42-letni Chris Horner, z właściwym Amerykanom brakiem poszanowania dla europejskiej tradycji, nie zadowolił się wygraniem etapu. Stojąc na pedałach, kręcił z wytrwałością muła, z charakterystycznym, trwale przyklejonym wyrazem twarzy (trafnie porównanym przez Carltona Kirby do manekinów z lat 60-tych), jakby niezmiennie zdziwiony, że inni nie mogą za nim nadążyć. Można powiedzieć, że odjeżdżanie młodszym rywalom weszło mu w krew. A nam pozostaje wierzyć, że tylko to.

Jak przystało na przywołany w tytule thriller, napięcie mistrzowsko podsycane sięgnęło zenitu w kulminacyjnych scenach, w których zgodnie z innymi hollywoodzkimi wzorcami zmierzyli się w heroicznym pojedynku dwaj główni bohaterowie: jadący w czerwonej koszulce Horner oraz tracący do niego zaledwie 3 sekundy Vincenzo Nibali. Sycylijczyk, zapewne nie z powodu wrodzonej delikatności noszący przydomek „Rekin” (kolejny ukłon w stronę Spielberga), na zboczach Angliru atakował jak na bezlitosnego drapieżnika przystało. Kilka razy wydawało się, że jego upór weźmie górę, w końcu musiał jednak uznać się za pokonanego. Amerykański T-Rex wytrzymał wszystkie ataki, by samemu skutecznie ukąsić i zostawić przeciwnika w filmowej mgle spowijającej szczyt podjazdu.

 

Horner we mgle Angliru
 

Nie bez powodu umieściłem ten homerycki opis finałowego pojedynku na początku podsumowania. Jeśli ktoś po latach będzie wspominał Vueltę 2013, to właśnie za przyczyną tego etapu i stoczonej na nim batalii, tu dodać warto, godnie wspomaganej świetnymi rolami innych pierwszo- i drugoplanowych aktorów. Dwudziesty etap wydatnie podniósł zarówno sportową, jak i artystyczną „wartość programu” tegorocznej edycji hiszpańskiego wyścigu, która udanie zapisała się w annałach kolarstwa. Po zepsutym przez aurę Giro i bombastycznym, jubileuszowym Tourze, mieliśmy trzymające do ostatka w napięciu, hardcorowe ściganie.

Dla każdego coś miłego. Raz zamiecie zmiatające z drogi konkurencję, innym razem dosłownie i w przenośni fajerwerki, a w Hiszpanii podjazdowa walka (tu znów Kirby) mountain guerillas. Nie od dziś powtarzam, że ta różnorodność jest właśnie wielkim atutem, wręcz skarbem kolarstwa i powinniśmy ją szczególnie chronić na przekór wszelkim poprawiaczom, standaryzatorom i tym podobnym majsterkowiczom.

Zwycięzca wprawdzie od lat należy do czołówki amerykańskich cyklistów i ma na koncie kilka znaczących sukcesów, niemniej jego triumf można uznać za sensację. Wielu kolarskich znawców zapewne dostrzegało szanse mniej zmęczonego niż konkurenci Hornera na miejsce w czołowej dziesiątce, podium wydawało się jednak być poza jego zasięgiem. Wygrana kolarza Radioshack z pewnością uradowała bukmacherów. Bez niego obsada podium byłaby bezwstydnie przewidywalna, co nie przystoi Vuelcie, zmyślnie budującej wizerunek kapryśnej kokietki.

 

podium vuelta 2013
 

Gospodarze, zadając sobie spory trud uatrakcyjnienia wyścigu, liczyli z pewnością na więcej ze strony swoich pupili. Tym razem, w ostrym kontraście do tak udanego poprzedniego roku, spotkał ich spory zawód. Hiszpanie wypadli w klasyfikacji generalnej gorzej nawet niż w roku 2010, o którym mówiło się, że był pod tym względem najsłabszy. Trzecie miejsce Alejandro Valverde i trzy wygrane etapy jeźdźców Katiuszy to o wiele za mało dla rozpieszczonych sukcesami fanów z Półwyspu Iberyjskiego.

Miejscowi faworyci, Valverde i Joaquin Rodriguez, byli po wyczerpującym Tour de France wyraźnie mniej bojowi niż przed rokiem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że najdogodniejszą okazję sprzątnął im wtedy bardziej utytułowany kolega z reprezentacji. I teraz z każdym rokiem będzie trudniej. Valverde ma się ostatecznie czym pocieszać, ale Purito wciąż nie może doczekać się grandtourowego lauru i jeśli mógłby jeszcze z czegoś czerpać nadzieję, to już chyba tylko z metryki Hornera.

Dały się słyszeć pochopne i wynikające z bardzo pobieżnego oglądu sprawy sądy, iż Katalończyk rzekomo przespał pierwszą część wyścigu, czy też przegapił liczne szanse na sekundy bonifikat. Lider Katiuszy z premedytacją kopiował strategię, która przyniosła mu sukces w Wielkiej Pętli, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że pójście na wojnę od pierwszego etapu skończyłoby się dla niego podobnie jak w 2011 roku. Do walki w pierwszej fazie Katiusza oddelegowała zwycięzcę dwóch etapów Daniela Moreno i był to manewr udany, w dużym stopniu zdejmujący z Purito presję. Po prostu w końcówce zabrakło popularnemu, lubianemu także w Polsce kolarzowi świeżości i mocy, by ponownie wskoczyć na podium. A jego krytykom mogę przypomnieć, jak w Vuelcie wypadli inni uczestnicy Tour de France: Mollema, Kreuziger, Anton czy Fuglsang.

By pozostać jeszcze przy gospodarzach – niewielkim zapewne pocieszeniem będzie dla nich koszulka punktowa wywalczona przez Valverde czy też drużynowe zwycięstwo teamu Euskaltel. To ostatnie ucieszyło zresztą licznych fanów baskijskiego zespołu bez porównania mniej niż zapowiedź Fernando Alonso o wykupieniu licencji i utrzymaniu drużyny. Uzupełniając listę triumfatorów wspomnieć muszę (i robię to bez entuzjazmu) o zwycięzcy klasyfikacji górskiej Nicolasie Edet. Po Pirazzim i Quintanie trzecią tegoroczną koszulkę „króla gór” zabierze do domu kolarz bezbarwny, którego wspinaczkowe umiejętności przyćmiło tu choćby paru jego rodaków. Z koszulki dla najlepszego młodzieżowca zrezygnowano kosztem trykotu za klasyfikację kombinowaną, który przypadł w udziale zwycięzcy wyścigu.

 

Barguil
 

By odnieść sukces w La Vuelta, jakikolwiek, niekoniecznie ten największy, trzeba zaryzykować, postawić na szalę przysłowiową „odrobinę szaleństwa”. Vuelta lubi takich kolarskich „wariatów” i odpłaca im z nawiązką. Tegoroczna edycja licznymi przykładami potwierdza prawdziwość maksymy audaces fortuna iuvatLeopold KoenigWarren BarguilMichael MatthewsMichael Morkov (!!!), Zdenek StybarDaniele RattoAlexandre Geniez, Kenny Elissonde wygrali swoje pierwsze wielkotourowe etapy, Nicolas Roche wreszcie zmieścił się w pierwszej piątce klasyfikacji generalnej, Domenico Pozzovivo, który dał się z tej piątki wypchnąć, na pocieszenie ma świadomość, że pojechał życiową czasówkę, Thibaut Pinot w rekordowym czasie wyleczył się z prawdziwych czy też urojonych kompleksów.

Podwójnych etapowych triumfatorów Chrisa Hornera i Warrena Barguila dzieli dokładnie 20 lat różnicy. W tym przedziale mieści się wielobarwna paleta vencedores, potwierdzająca nieprzewidywalność ognistej Hiszpanki. No i co by nie mówić, dama ta nie jest taka znowu „niezdobyta”. Szkoda, że jeszcze tym razem nie możemy do listy szczęśliwców dopisać choć jednego z naszych reprezentantów.

Krzysztof Suchomski

czytaj dalej