Dookoła Złotego Koła

 

W październiku francuski Vélo Magazine ogłosił, iż nagrodę dla najlepszego kolarza sezonu, Vélo d’Or, otrzymał w tym roku Alberto Contador. Nagroda francuskiego magazynu jest  w światku kolarskim najbardziej prestiżowym indywidualnym wyróżnieniem przyznawanym przy przysłowiowym „zielonym stoliku”. Nie jest jednak otoczona tak wielką pompą i celebrą, jak choćby Złota Piłka, ponieważ (pomijając kwestię popularności obu dyscyplin) nie stoi za nią ani potęga finansowa, ani też budząca szczególny szacunek tradycja. Złoty Rower przyznawany jest od 1992 roku – w porównaniu z historią pokrytych szlachetną patyną czasu belgijskich klasyków czy Tour de France, nie może mieć renomy, która rzucałaby na kolana. Owszem, pewnie to fajne uczucie, postawić sobie coś takiego w domowej gablocie, ale dużo fajniejsze, domyślam się, jest postawienie w niej na przykład pewnego oprawionego kawałka bruku.
contador velo dor

Hiszpan cieszy się tym wyróżnieniem po raz czwarty. Więcej razy nagradzany był przez Vélo Magazine tylko pewien Amerykanin, którego nazwisko od pewnego czasu wpisuje się w tabele laureatów sympatycznym atramentem, by jego widok nie deprawował młodych, niewinnych latorośli, rozpoczynających dopiero swą przygodę z kolarstwem. Wybór rozstrzygający się nie w sportowej rywalizacji, a poprzez głosowanie, niezależnie od tego jak szerokie jest audytorium, w istocie swojej zawsze będzie obciążony grzechem pierworodnym braku obiektywnego kryterium. Niezależnie od subiektywizmu głosujących, pojawiają się w takich sytuacjach również inne siły wpływające na wybór (układy interesów, promocja medialna, polityka). Przekonaliśmy się o tym choćby w trakcie ostatniego Mundialu. Cały świat widział, że Messi był słaby jak kawa z fast foodu, oprócz jurorów, którzy wybierali Piłkarza Mundialu.

Celem niniejszego felietonu nie jest jednak polemika z decyzją gremium, które uhonorowało Contadora (choć akurat w tej kwestii RB ma odmienne zdanie), lecz ukazanie ułomności takiej metody wyłaniania najlepszego sportowca w danej dziedzinie. Swą wyższość kandydat powinien udowodnić w sportowej walce, a nie w „kampanii wyborczej”.

Wimbledon-Tennis190Ten paradoks „wyborczy” świetnie obrazuje sytuacja, jaka miała niegdyś miejsce w tenisie – sporcie wywodzącym swe tradycje, podobnie jak kolarstwo, z XIX wieku. Uświęconym obyczajem, największym dowodem tenisowego mistrzostwa i powodem do dumy było wygranie Wimbledonu – turnieju, którego oficjalna nazwa jest krótka, lecz wymowna: The Championships. Komuś najwyraźniej to nie wystarczało, bowiem gdzieś około końca lat 80. lub początku lat 90. (jeśli pamięć RB nie zawodzi) zebrało się paroosobowe gremium oficjeli, które postanowiło w wewnętrznym głosowaniu na koniec roku przyznawać tytuł mistrza świata. Świat potraktował tę farsę tak, jak na to zasłużyła i inicjatywa upadła bodaj już po roku. A Wimbledon, jako symbol i świątynia tenisa, nadal ma się świetnie.

Mimo, iż głosy zebrane w głosowaniach czy plebiscytach są policzalne, metoda ta, w odróżnieniu od kolarskiego wyścigu, jest z gruntu niewymierna. Czy dysponujemy lepszą? Zwolennicy różnych systemów punktowych mogą wskazywać na ranking World Touru bądź popularne rankingi stron internetowych „z branży”. RB ma i w tej kwestii poważne wątpliwości. Ranking punktowy siłą rzeczy premiuje częściej startujących. Najwyższa suma punktów może być w większym stopniu pochodną uporu, wytrzymałości i zdrowia niż wybitnych przymiotów zwycięzcy. Tegoroczny przykład triumfatora rankingów, Alejandro Valverde, dobitnie to potwierdza. Nie licząc sukcesów mniejszej rangi, kolarz z Murcji dotkliwie przegrał z rywalami w najważniejszych startach sezonu – nie może zatem rościć sobie pretensji do tytułu najlepszego kolarza (choć miałby wcale nienajgorsze szanse w konkursie na najwszechstronniejszego).

Skoro wykazaliśmy wyższość rywalizacji na szosie nad wszelkiego rodzaju protezami w postaci głosowań, ankiet czy rankingów, to w czym rzecz? Otóż do napisania felietonu sprowokowała RB sygnalizowana wcześniej pogoń za doprowadzeniem do konfrontacji najlepszych specjalistów od Grand Tourów, stanowiących wszak esencję kolarstwa szosowego.tinkov oleg Wspomniana pogoń jest odpowiedzią na oczekiwania społeczności fanów, która gorąco pragnie wiedzieć, kto jest najlepszym z najlepszych. Tej chęci bezspornego rozstrzygnięcia współzawodnictwa wychodzi naprzeciw rzucona po Vuelcie inicjatywa Olega Tinkova. Rosyjski biznesmen, którego najwyraźniej bawi osiągnięty w tym roku status celebryty, znów wsadził kij w mrowisko. I niezależnie od tego, ile było w tym autopromocji, pomysł doprowadzenia (za pomocą milionowej nagrody) do rywalizacji najlepszych kolarzy na wszystkich Wielkich Tourach w jednym sezonie trafił na podatny grunt właśnie z powodów wspomnianych powyżej.

Inicjatywa, jak się dokładnie przyjrzeć, mało wykonalna, ale dyskusje nie milkną do dziś. Co by o właścicielu teamu Tinkoff-Saxo nie mówić, jego medialny instynkt może budzić podziw. Mamy właśnie kolarski sezon ogórkowy, a Twitter mówi na okrągło o jego ekipie i jej gwiazdach. I to z jakiego powodu? Wycieczki na Kilimandżaro. A wywołana przez Tinkova kwestia konfrontacji najlepszych wraca w dyskusjach, gdzie kto w przyszłym sezonie wystartuje. I znów kibice martwią się, czy uda się tych najlepszych zgromadzić całych i w formie w jednej wyścigowej kolumnie.

Uci-pro-tour190U źródeł tych zmartwień leży aplikowana kolarstwu od dekady, zapoczątkowana jeszcze w erze wszechwładnego Verbruggena, polityka rozwoju dyscypliny przez Pro Tour. Ten system rozgrywek (skądinąd mający sporo plusów) doprowadził do zachwiania ukształtowanych historycznie hierarchii i dokonał zmian w kalendarzu startowym.

Przed pro-tourowymi reformami sezon był logicznie skonstruowany, do czego przyczyniła się Matka Ewolucja bogata w dziesiątki lat doświadczeń. Najpierw następował „rozbieg” w postaci wczesnowiosennych jednodniówek i tygodniówek, potem Vuelta i Giro, jako „rozwinięcie akcji”, a następnie ukoronowanie, szczyt sezonu w postaci Wielkiej Pętli – jedynej, niepowtarzalnej, niekwestionowanej królowej. Ewentualna dogrywka na światowym czempionacie to przełom sierpnia i września, a potem, komu jeszcze było mało, mógł szukać sławy i zarobku w jesiennych jednodniówkach i kryteriach.

Niepodważalnym gwoździem sezonu był Tour i tam każdy chciał zaistnieć. Giro było świętością dla zakochanych w kolarstwie Włochów, lecz dla kolarskich gwiazd z Francji, Beneluksu, Niemiec, czy Skandynawii stanowiło bardziej poligon ćwiczebny przed najważniejszą imprezą sezonu. Vuelta zaledwie dorastała do rangi wielkiego wyścigu, była alternatywą dla Giro na ścieżce przygotowań do Wielkiej Pętli. Zresztą dopiero po zmianie miejsca w kalendarzu nabrała pełnych praw trzytygodniowego wyścigu, wcześniej wyścig stopniowo ewoluował z wymiaru dwutygodniowego.

merckx faema 2Nie było wówczas mowy o podziale startów, dzisiejszym jak ja pojadę tu, to ty tam. Kto chciał się liczyć, musiał pokazać się we Francji. A jeśli w zespole było dwóch liderów, to oczywiście obaj stawali na starcie i na wyścigu okazywało się kto lepszy, Hinault czy LeMond, Delgado czy Indurain. W 1968 roku Eddy Merckx wygrał Paris – Roubaix, a potem zdewastował konkurencję na Giro, przy okazji wygrywając też klasyfikację górską i punktową. Dziś zgarnąłby w komplecie nagrody sezonu. A wtedy? Choć wszyscy widzieli, że pojawił się niesamowity talent, który wkrótce zdominuje tę dyscyplinę, nikt nie nazwał go jeszcze najlepszym kolarzem świata, ponieważ nie wystartował w Wielkiej Pętli. To Tour był miejscem, które weryfikowało wszelkie ambicje i aspiracje. Apetyt Kanibala musiał poczekać do lipca 1969 roku.

Żółta koszulka zwycięzcy Tour de France była synonimem kolarskiej korony, a ustalenie hierarchii nie było aż tak skomplikowane. O ileż prostsze było życie kibica. I komu to przeszkadzało?

Krzysztof Suchomski