La Vuelta ’12 Resumé: Triumf kolarstwa, cz.III

 

Ekipy medyczne zabezpieczające Vueltę 2012 zużyły mniej plastrów, gipsów i bandaży niż na trasach Giro i Touru. Znaczyłoby to, że hiszpańscy organizatorzy dbają o „przepisy bhp” bardziej. Niestety, gorzej im poszło ze znalezieniem recept na kiepską formę, stąd lista tych, co zawiedli, dłuższa jest od listy poszkodowanych na szosie.

Otwiera ją Juan Jose Cobo, którego przez cały sezon podejrzewałem, że sposobi się do obrony tytułu triumfatora, a wyszło, że raczej sposobił się do snu zimowego. Jego kolega, Jose Joaquin Rojas, usilnie stara się byśmy zapomnieli o jego dobrej, zeszłorocznej formie. Podobnie niewidoczny był na finiszach ich rodak Koldo Fernandez.

Ale co tam sprinterzy. Najeżony górami wyścig był przede wszystkim szansą do odegrania życiowej roli dla specjalistów od górskich wspinaczek. Weźmy takiego Jürgena Van den Broecka, którego głośno manifestowane zapotrzebowanie na sukces znacznie przekracza dotychczasowe osiągnięcia. Na Wielkiej Pętli zniesmaczony narzekał, bo za mało gór, by mógł się wykazać. Tu okazało się, że gór za dużo, do tego za strome, a w ogóle, to kto powiedział, że on ma tu coś wygrywać? Ja liderem? Jakieś nieporozumienie, ja tu tylko na wycieczkę – oświadczyła gwiazda Lotto i by dać namolnym dziennikarzom do zrozumienia, że wcale nie żartuje, wycofała się na 14 etapie.

Na przeciwnym biegunie ktoś, kto nigdy nie robił wokół siebie rozgłosu, lecz w mojej skromnej ocenie należał do cichych bohaterów tegorocznej Vuelty. Kiedy rozpoczynał zawodową karierę, wykorzystywano go głównie w charakterze słupa ogłoszeniowego w paroosobowych ucieczkach na mniej pofałdowanych etapach. Gdy zaczynały się podjazdy, spływał łagodnie do grupetto. Wydawało się jeszcze parę lat wstecz, że już na zawsze zostanie jednym z nielicznych „niegóralskich” Basków. I oto po latach ścigania Gorka Verdugo puka do top 10 najtrudniejszego górskiego wyścigu ostatnich lat. Cenię jego 11. miejsce wyżej niż 9-te lidera baskijskiej ekipy Igora Antona, po którym spodziewano się więcej, mając w pamięci próbki możliwości zaprezentowane w 2010 roku. To se ne vrati, pane Anton?

Anton
Egzaminu na grandtourowego lidera teamu nie zdali także: wycofany na 10 etapie John Gadret (AG2R), Eros Capecchi (Liquigas), Steve Morabito (BMC). Lepiej od nich, ale w sumie niezbyt przekonująco wypadł Maxime Monfort (Radioshack), a w miarę przyzwoicie, co jednak bardziej ucieszyło Bjarne Riisa niż Vincenta Lavenu, Irlandczyk Nicolas Roche.

Tegoroczną kiepską passę kontynuowali Tony Martin i Damiano Cunego, a listę vueltowych przegranych zamykają francuscy górale. Na Tour de France zapowiadali renesans, miesiąc później sromotna klęska. Oprócz wspomnianego Gadreta, polegli tu David Moncoutie (smutne pożegnanie czterokrotnego króla gór Vuelty), Christophe RiblonChristophe Le Mevel i Arnold Jeanesson. Najlepszym z dzielnych Francuzów okazał się niespodziewanie Maxime Bouet, ale jego 20. pozycja prestiżu Francji nie podnosi.

Trudno z kolei coś zarzucić zespołowi Andalucia. Dokooptowani do zawodów w charakterze tła, ze swej roli wywiązali się perfekcyjnie, konsekwentnie nie pchając się na pierwszy plan.

Wracając pomału do pozytywów wyścigu, odnotować warto pojedyncze, ale widowiskowe zwycięstwa, anonimowego dotąd, Antonio Piedry (Caja Rural) i bardziej znanego Dario Cataldo (Omega Pharma). Czy akurat udana wspinaczka na Cuitu Negru „załatwiła” 27-letniemu Włochowi angaż do ekipy Sky, trudno podejrzewać. Może raczej odwrotnie – to podpisany kontrakt uskrzydlił kolarza Omegi, który kilka lat temu, wygrawszy Baby Giro i etapy na Tour de l’Avenir, uchodził za nadzieję włoskiego kolarstwa. Innego rodzaju chwatem okazał się Australijczyk Adam Hansen z Lotto, który cichaczem, podstępnie nikomu się nie chwaląc, ukończył w tym roku trzy Wielkie Toury. Sprawa medialnie „się wydała” dopiero po rozdaniu nagród i koszulek.

Cataldo
Nie pojedynczym, a podwójnym etapowym sukcesem, uczcił swój powrót do formy (jeszcze nie tej fenemonenalnej z 2011) Philippe Gilbert. Dla kolarza BMC (i nie tylko dla niego) hiszpańska impreza była poligonem przed Mistrzostwami Świata. Zaimponował nam również Fredrik Kessiakoff. Drugą w tym roku wygraną czasówką w poważnej imprezie, a przecież były kolarz MTB na Tour de France udanie kolekcjonował punkty na górskich premiach, ostatecznie ulegając tylko Voecklerowi. Może czas, by kazachska Astana postawiła śmielej na Szweda o rosyjskich korzeniach? Choćby tak, jak Garmin na Andrew Talansky’ego. Opłaciło się drużynie, której Amerykanin miejscem w top 10 zapewnił absolutorium, opłaciło i zwanemu „Pitbullem” zawodnikowi, ponieważ nabrał doświadczenia i pewności siebie, a w przyszłości zapewne będzie chciał skopiować sukces kolegi z zespołu, Hesjedala.

A jeśli o zespołach mowa, to z najwyższym uznaniem muszę odnieść się do postawy zademonstrowanej przez ekipę Saxo Banku. Drużyna była zawsze tam, gdzie potrzebował jej lider i robiła wszystko, co jej zlecił, sprawnie i skutecznie. Zasłużyła na miano zbiorowego bohatera 67. edycji Vuelta a España. To nie tylko El Pistollero pokonał Rodrigueza na etapie do Fuente Dé. To również Saxo Bank pokonał Katiuszę. Pokonał? Co ja mówię? Znokautował.

Zwycięzcy wyścigu wsparcie było bardzo potrzebne. Nie ma już w kolarstwie „ludzi z żelaza”, niezniszczalnych i niepokonanych herosów. Tę epokę mamy (odpukać) za sobą. Charakterystyczne jest, że oznaki słabości, objawy zmęczenia Contadora czy Chrisa Froome’a nie spotykają się z krytyką lub docinkami, a na odwrót. Dało się słyszeć wręcz westchnienie ulgi. „To ludzie, nie maszyny” – powtarzało się wielokrotnie. No… Dobrze wiedzieć, że już nikt nie myli kolarstwa z zawodami motocyklowymi.

SaxoBank
I jak teraz porównać obecne ściganie z tym, nie zawsze politycznie poprawnym, sprzed kilku czy kilkunastu lat? Bo chciałoby się udzielić odpowiedzi na pytanie rzucone na wstępie podsumowania. Czy Vuelta 2012 była ciekawsza, bardziej emocjonująca niż Tour de France 2003 (w którym Armstrong musiał odpierać wściekłe ataki Telekomowców), albo Giro d’Italia 2005 (trzymająca do ostatniej chwili w napięciu walka Sokoła z Gibo i fruwającym Rujano), czy choćby własną edycją z 2006 (wojna dwójki upartych Kazachów z koalicją świetnych Hiszpanów)?

Nie dałbym dziś na tak postawione pytanie twierdzącej odpowiedzi. Ale już sam fakt, że był to wyścig porównywalny z wymienionymi, znakomicie o nim świadczy. Niech opadnie kurz bitewny, dajmy osiąść emocjom, by po jakimś czasie spojrzeć na to z dystansu.
I cieszmy się z wrażeń, których doświadczyliśmy – tego nam nikt nie zabierze.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część