Sezon 2014 (2): Czas na Nagrody

 

Można powiedzieć, że kolarski sezon 2014 przebiegał pod znakiem walki o doprowadzenie do konfrontacji najlepszych. Stało się to już znakiem firmowym kolarstwa ery World Touru. Mam zamiar temu zjawisku poświęcić jeden z najbliższych felietonów, bo rzecz jest ciekawa i warta rozwinięcia. Na razie przypomnę, że kiedyś „królem polowania” bezapelacyjnie zostawał zwycięzca Tour de France. Na Wielkiej Pętli rok do roku zbierała się śmietanka zawodowego cyclingu i ten, który wygrał, musiał być debeściakiem – nie było innej opcji. W dzisiejszych czasach ta oczywistość z różnych przyczyn (nad którymi nie chciałbym się teraz rozwodzić) przestaje być dla rzesz kibiców taka oczywista.

CYCLING TOUR DE FRANCE 2007Przez pierwsze półrocze kolarska społeczność podniecała się nadchodzącym pojedynkiem stulecia: Froome vs. Contador. Bądź, jak życzyła sobie część widowni, biegiem czterech koni (dodając Nibalego i Valverde). Kolejny raz sprawdziło się powiedzenie, że oczekiwanie jest lepsze od spełnienia. Upadki wyeliminowały dwóch najwyżej notowanych faworytów, a Sycylijczyk tak szybko zdemolował konkurencję, że do końca 101. Touru mogliśmy spokojnie skupić się na walce Rafała Majki o polka dot shirt. Nie podzielam tu i ówdzie rozpowszechnianego mniemania, że upadli protagoniści mieli pecha. O pechu to może mówić Taylor Phinney. Contadora i Froome’a nikt nie atakował, nie zahaczył, nie wybił z rytmu. Upadali wskutek własnych, niewymuszonych błędów. Dlatego nie uważam, że Nibalemu ktokolwiek coś tu podarował. Wygrał, bo jeździł na rowerze lepiej od rywali. I basta.

Ale media nie spoczną nigdy w kreowaniu kolejnych igrzysk, więc otrąbiły, że „prawdziwe zawody” odbędą się w tym roku jednak na Vuelcie. Na starcie stanęli obaj tourowi „testerzy asfaltu” (zarzekając się, że wpadli tam tylko potrenować), kompletne podium Giro, wiosenny „upadły” gwiazdor, Purito, oraz plejada pomniejszych gwiazd wspinaczki górskiej. Tym razem po asfalcie szorował (także na własną prośbę) uważany za głównego pretendenta, triumfator Giro, Nairo Quintana. A wyścig w ostatniej fazie sprowadził się do tak długo wyczekiwanego (media w końcu dostały swoje) meczu Contador – Froome. El Pistolero wygrał, na szczęście, bo strach pomyśleć, co byłoby w przeciwnym przypadku. Mowa o szczęściu dla hiszpańskiego podatnika, bo kraj i tak jest po uszy zadłużony, a wysłanie karnej ekspedycji w postaci Wielkiej Armady 2.0 kosztowałoby fortunę.

kasaSkoro już zgrabnie nawiązaliśmy do pieniędzy, to mijający sezon pokazał ich siłę. Coraz bardziej uwidacznia się przewaga bogatych teamów. Luka między najlepszymi i najsłabszymi (czytaj: najbiedniejszymi) zespołami World Touru jest wyraźniejsza niż różnica między tymi ostatnimi a drużynami z górnych półek drugiej dywizji. To swoisty paradoks, bo z jednej strony wciąż słychać narzekania, że do kolarstwa napływa zbyt mały strumień pieniędzy, a z drugiej widać jak na dłoni, że większe pieniądze bynajmniej nie czynią kolarstwa atrakcyjniejszym. I co ciekawe, wcale nie zapowiada się, by przyszłe reformy miały prowadzić do większego wyrównania szans w rywalizacji.

A wśród bogatych nastąpiła w tym roku zauważalna rotacja. Sky Team, w ubiegłym sezonie jeszcze łapiący oddech, w tym ewidentnie „poszedł pod wodę”. Brytyjska machina działająca w uporządkowany, powiedziałbym korporacyjny sposób, przegrywa z post-sowietami. „Ruskie” są bardziej operatywne i nie bawią się w skrupuły ani polityczną poprawność. Nauczone za komuny, że okazję trzeba łapać w locie, bo druga może się nie trafić, bez wahania zatrudniają zwalnianych ze Sky ludzi z dopingową przeszłością i idą w górę. A Brytyjczycy planują, testują, badają, obliczają i zbierają baty. Transfery dokonane w obecnym „okienku” potwierdzają, że Astana i Tinkoff-Saxo mocno usadowiły się na czele wyścigu zbrojeń.

Udany sezon mają za sobą także Movistar i Omega Pharma (po raz ostatni pod tą nazwą). Te dwie oraz wspomniane wyżej post-sowieckie drużyny (plus Katusha) i brytyjskie Sky tworzą elitarny klub bogatych. Klub, który w tym roku zgarnął wygrane wszystkich Grand Tourów, obie tęczowe koszulki i dwa spośród pięciu monumentów.

brońInne, charakteryzujące omawiany sezon, zjawisko to spora, nawet jak na kolarstwo szosowe, liczba kraks i wywrotek, w związku z czym komunikaty o stanie zdrowia kolarzy nabierały wagi meldunków z pierwszej linii frontu, ale też, coraz częściej (by pozostać przy militarnych metaforach) stanowiły ważną broń w wojnie psychologicznej.

Mieliśmy też tej jesieni sporo pożegnań. To wydaje się efektem reakcji właścicieli teamów na ogłaszane przez UCI reformatorskie plany, prowadzące do obniżenia liczby kolarskich etatów w ekipach WT. Popyt na usługi starszych, renomowanych (a przez to i nie tanich) zawodowców wyraźnie spadł, co niejednego skłoniło do myśli o zakończeniu sportowej kariery. Cadel Evans (wystąpi jeszcze na początku roku w Australii), Thor Hushovd, Jens Voigt, David Millar, Andy Schleck, Karsten Kroon, Danilo Hondo, Martijn Maaskant, Thomas Löfkvist, Sebastien Hinault, Koldo Fernandez, Frederick Willems, Nicki Sörensen, by wymienić nazwiska znane z ekip pierwszej dywizji, a być może tę listę uzupełni i nasz Sylwester Szmyd. Każdy z nich to rozdział czy choćby akapit księgi o historii kolarstwa. Uwagę przykuwają dwa pożegnania dokonane w krańcowo odmiennym stylu.

Jens_Voigt_0343-letni Jens Voigt schodził ze sceny na głównej arenie, w światłach rampy. W atmosferze powszechnej sympatii (by nie rzec adoracji), życzliwych żarcików i kolarskiej fiesty. Odejście 29-latka Andy’ego Schlecka „kuchennymi drzwiami” odbywało się w klimacie niespełnienia pomieszanego z niedomówieniami i sporą dozą zażenowania.

A może starsi kolarze bardziej skorzy są do rezygnacji, bo młodzi atakują ich coraz szerszym frontem? Udany szturm młodzieży i przewietrzenie składów na podiach i czołówkach rankingów to jeden z najbardziej rzucających się w oczy znaków firmowych sezonu 2014. Wdzięki rocznika 1990 opiewam, niczym trubadur, konsekwentnie od ponad dwóch lat. W tym sezonie jego najlepsi reprezentanci zdobywają tytuł mistrza świata, stają na podiach Grand Tourów, tworzą już 25% z topowej 20-tki rankingu World Tour. Po co sięgną, gdy naprawdę dojrzeją?

Co jeszcze z wydarzeń roku (poza fenomenalnymi występami Polaków) powróci w dysputach toczonych zimową przerwą? W telegraficznym skrócie: fantastyczna rywalizacja na brukach, powrót El Pistolero, upadki (ale i końcowe zwycięstwo nad pechem) Dana Martina, Stelviogate, tłumy kibiców w Yorkshire, nieortodoksyjne zachowania Olega Tinkova, smrodek dopingowy nad Astaną, powrót mody na bicie rekordu godzinnego, no i (niestety) wiadomość z ostatniej chwili o tykającej bombie, która zapewne jeszcze w tym roku wstrząśnie Belgią. A z wydarzeń kolarstwu towarzyszących wyróżniłbym premierę filmu Pantani: The Accidental Death of a Cyclist.

Czas odkryć, kto w tym roku tylko przespaceruje się po czerwonym dywanie, a kto nie wróci z tego spaceru z pustymi rękami. Tylko w części jest to metafora. Ponieważ przyznaję roczne tytuły po raz trzeci, uznałem, że czas najwyższy nadać tym, wirtualnym dotąd, wyróżnieniom wymiar fizyczny. W tym sezonie laureaci otrzymają Nagrody. Jako że mają one mieć charakter ze wszech miar światowy, ich nazwa brzmi Reflektor Bossa Award, w skrócie RBA.

Zaczniemy od kategorii Cyclist of the Year (tłumaczyć na polski chyba nie muszę). Nominacje otrzymali zdobywcy najcenniejszych (po RBA, naturalnie) kolarskich trofeów i one są najlepszym uzasadnieniem takiego, a nie innego wyboru:

nibaliVincenzo Nibali – zwycięzca Tour de France, Nairo Quintana – triumfator Giro d’Italia, Alberto Contador – zwycięzca Vuelta a España i Michał Kwiatkowski – mistrz świata. Od wielu lat jestem wyznawcą zasady, że najlepszym kolarzem jest ten, który wygrywa Wielką Pętlę. Historia niewiele zna przypadków, w których ta klarowna reguła się nie sprawdziła i ten sezon z pewnością do takich nie należy. Rekin z Messyny wygrał Tour bezapelacyjnie, a klasa, jaką zademonstrował sprawia, że z przyjemnością mogę ogłosić: Kolarzem Roku 2014 jest Vincenzo Nibali.

Nagroda Young Cyclist of the Year będzie przyznawana zawodnikowi, który w danym sezonie nie ukończy 25 roku życia. Nominacje wywalczyli sobie na szosie: Fabio Aru za świetną postawę w Giro i Vuelcie, mistrz świata Michał Kwiatkowski, medalista mistrzostw świata Tom Dumoulin, trzeci w Tour de France Thibaut Pinot, zwycięzca punktowej klasyfikacji Giro Nacer Bouhanni oraz o rok od nich młodszy zwycięzca Eneco Tour Tim Wellens. Uff… Tłok w tej kategorii jak na wyprzedażach. Cieszmy się, bo to najlepsza prognoza dla rozwoju kolarstwa. Mistrzostwo zobowiązuje, zatem RBA 2014 trafi do Michała Kwiatkowskiego.

tinkovTytuł Team of the Year przypada ekipie Tinkoff-Saxo, która wyprzedziła o przysłowiowy włos drużyny Omega Pharma – QuickStep i Movistar Team. Układowi sił w rywalizacji między kolarskimi zespołami poświęciłem już w niniejszym podsumowaniu parę akapitów. Kamanda Olega Tinkova zebrała u mnie dodatkowe punkty za wolę walki i atmosferę emanującą na zewnątrz.

Sięgamy teraz po kopertę z laureatem w kategorii Race of the Year. Nominowane były trzy rozpalające do czerwoności brukowe jednodniówki: Omloop Het Nieuwsblad, Ronde Van Vlaanderen i Paris-Roubaix. Wyścigi etapowe reprezentowała Vuelta a España. Nagroda pojedzie do Francji. Otrzyma ją najlepsza od wielu lat edycja wyścigu Paris-Roubaix.

Przedstawię teraz nominowanych do zaszczytnego tytułu Osobowości Roku:

Michał Kwiatkowski – który swoje nieprzeciętne przymioty prezentuje nie tylko na szosie. Lubiany przez kolegów, rywali i dziennikarzy. Założyciel Akademii Copernicus, rozwijającej kolarskie talenty polskich nastolatków. Uczynnością, skromnością i działaniem na rzecz środowiska, z którego wyrósł, buduje swój pozytywny wizerunek. Prawdziwy wzór do naśladowania dla młodzieży.

Oleg Tinkov – z jednej strony gwiazda Twittera, postać barwna i kontrowersyjna, momentami śmieszna, ale z drugiej człowiek duszą (i własnymi pieniędzmi) oddany kolarstwu, potrafiący tchnąć ducha w drużynę, postawić przed nią ambitne cele i zjednoczyć do ich realizacji. A jeśli o jego pomysłach dyskutuje całe środowisko, to mamy wystarczający dowód, iż jest osobowością wywierającą na nim wyraziste piętno.

Jens Voigt – przez całe lata jeden z nieformalnych liderów zawodowego peletonu. Niezwykła postać, zacna kariera, prawdziwy autorytet. Jego ucieczki przeszły już do kolarskiej legendy, podobnie jak shut up, legs! i wiele innych powiedzonek. No i… co nie jest bez znaczenia, kto inny potrafi na kolarskim torze zdublować sam siebie?

Bradley Wiggins – z prawdziwie szlachecką godnością zniósł upokorzenia, jakich nie szczędzili mu jego szef i jego ex super gregario. Odpowiedzi udzielił na szosie w mistrzowskim stylu. Jak napisał o nim niedawno David Benson z cyclingnews.com, osiągnął status, którego większość kolarzy nigdy nie zazna: stał się ikoną.

jens-voigt-hour-recordOtwieram kopertę i… Meine Damen und Herren, nagrodę w kategorii Man of the Year otrzymuje Jens Voigt. Oklaski, jeszcze więcej oklasków, standing ovation, cięcie, kamera stop.

Nagrody w swej fizycznej postaci są jeszcze w fazie „produkcji”, ale zapewniam Szanownych Laureatów, że zdążą się nimi nacieszyć jeszcze przed Gwiazdką. Chcąc jednak sprowadzić oczekiwania do właściwego poziomu, zdradzę, że Aston Martin to jednak nie będzie.

Pozostały jeszcze anty-nagrody, istniejące jedynie w wersji wirtualnej, zatem ich szczęśliwi posiadacze będą musieli nadal zadowalać się wyłącznie tytułem honorowym. Kto był autorem największej Klapy Sezonu? Kandydowali:

Fernando Alonso – za sitcom pod tytułem Jak otworzyć kolarski biznes, nie mając o nim pojęcia?

David Brailsford – za najdrożej opłaconą w historii tego sportu serię porażek,

Brian Cookson – za brak widocznych (dla opinii publicznej) symptomów uzdrawiania UCI,

Mauro Vegni – za Stelviogate i zabezpieczenie trasy Giro, na którym kolarze przelali więcej krwi niż cała armia Mussoliniego.

mpccAle tytuł Flop of the Season wędruje do instytucji, która w tym sezonie wzbudziła więcej wybuchów śmiechu niż niezapomniane Ministerstwo Niepoważnych Kroków grupy Monty Python – Mouvement pour un Cyclisme Crédible.

Odpowiadając zaś najkrócej na pytanie: jaki był kończący się sezon kolarski 2014? – Zależy od wyboru okularów. Patrząc przez biało-czerwone soczewki, nie mieliśmy wątpliwości: wspaniały, zachwycający, niepowtarzalny. A w skali całej branży? Cóż, sezon jak sezon, ani lepszy, ani gorszy od innych. Chwile godne uwiecznienia przeplatały się z takimi, o których szybko chcielibyśmy zapomnieć.

Na przyszły rok my, Polacy, życzymy sobie przynajmniej „powtórki z rozrywki”. A wszystkim cyklistom i fanom kolarstwa: mniejszej liczby wypadków i kontuzji, sprzyjającej pogody, braku dopingowych afer, bogatych sponsorów, korzystnych kontraktów, pasjonujących wyścigów i udanych transmisji telewizyjnych. I może jeszcze: wystudzenia reformatorskich zapędów przeróżnych nowobogackich majsterkowiczów. Kolarstwo szosowe obroni się bez eksperymentów, nie jestem jednak pewny, czy da radę obronić się przed eksperymentami.

Krzysztof Suchomski

powrót do 1. części podsumowania sezonu 2014

P.S. Zwycięzcy z pewnością w świetnych humorach, pokonani czy niedocenieni mogą pocieszyć się oglądając część artystyczną.