La Vuelta ’12 Resumé: Triumf kolarstwa, cz.II

 

Pięciu Polaków startujących w Vuelta a España – rok temu może sam piałbym o wielkim przełomie. Teraz spoko, normalka. W Giro d’Italia mieliśmy już siedmiu. Pięciu? Eee… to taka polska średnia na Wielki Tour. Yo! White’n’Red Power Rulezzz, ziom! No… może niedługo.

Vuelta  Marczyński
Bo znów jest zauważalny postęp. W odróżnieniu od Giro, kiedy to jazdą naszych kolarzy pasjonowali się prawie wyłącznie polscy kibice i sprawozdawcy, występy Polaków na zboczach gór północnej Hiszpanii rozeszły się szerszym echem w świecie. Kibice śledzący przebieg wyścigu na kanałach hiszpańsko-, włosko- czy anglojęzycznych potwierdzają, że o naszych mówiło się sporo i dobrze. Zagraniczni komentatorzy mogą mieć jeszcze problemy z poprawnym wymówieniem „chrząszcz brzmi w trzcinie”, ale z nazwiskami Majki, Marczyńskiego czy Niemca szło im z etapu na etap lepiej.

Po raz pierwszy dwójka polskich zawodników ukończyła Wielki Tour w pierwszej 15-tce generalnej klasyfikacji, co cieszy niepomiernie sympatyków kolarstwa nad Wisłą. Etapów jeszcze nie wygrywamy, szczerze mówiąc, nawet nie było ku temu na Vuelcie okazji, ale jak trzeba zrobić selekcję w peletonie, to dzwońcie po Polaka.

Contador, Majka
Rafał Majka to najnowszy model polskiego gregario di lusso. O umiejętnościach 23-latka z Saxo Banku od roku krążyły legendy, trudne do zweryfikowania z powodu braku właściwej ku temu okazji. Sceptycznie traktował je również i autor artykułu, należący do gatunku „niewiernych Tomaszy”, o których wiadomo, że nie uwierzy taki, póki nie wetknie palucha w co trzeba. Z tym większą przyjemnością oglądałem w akcji młodego krakowianina. Znakomicie się wypromował i z dumą może powiedzieć, że w sukcesie Contadora ma swój spory udział.

Wobec słabszej dyspozycji de Gendta, nasz Tomasz Marczyński, niespodziewanie dla siebie samego, został liderem drużyny Vacansoleil i dzielnie sprostał temu zadaniu, kończąc wyścig na 13. miejscu – najlepszym w historii polskich startów w Vuelta a España. „Maniek” znakomicie wykorzystał daną mu szansę. Liderem swojego teamu był również Przemysław Niemiec – rzadka to historia, by jednocześnie dwóch polskich protourowców mogło wystąpić w takiej roli. Kolarz Lampre zajął niewiele gorsze 15 miejsce, co zważywszy na jego predyspozycje do jazdy po górach, aż takim zaskoczeniem nie było. A gdyby nie słabiej pojechana czasówka, miejsce mogło być jeszcze trochę lepsze. To ma znaczenie, bo w wewnątrzteamowej rywalizacji Przemek czuje już na plecach oddech młodego Winnera Anacony.
Dwójka naszych reprezentantów w zespole Liquigasu, Maciej Bodnar i Maciej Paterski przejechała wyścig bez fajerwerków, ale też na takiej trasie nikt od nich nie oczekiwał cudów.

Niemiec
Kto, oprócz triumfatorów oraz Polaków, mógł cieszyć się z przebiegu tegorocznej Vuelty? Na pewno Rabobank, który dwójkę zawodników uplasował w czołowej 10-tce. Sukces, który choć po części zatrze fatalne wrażenie, jakie zostawił ich występ na Tour de France. Rabobankierzy, gorąco pragnąc zdjąć z siebie odium towarzystwa pechowców, zmobilizowali się do tego stopnia, że ukończyli zawody w komplecie (Hurraaa!!!). Choć ich lider, Robert Gesink, znów może pluć sobie w brodę. Dobra forma, dopisujące zdrowie, piękna pogoda, wymarzona trasa (którą przejechał wyjątkowo nie skontrolowawszy organoleptycznie jakości asfaltu) i co? Szóste miejsce. Nie był to szczyt jego marzeń…

W odróżnieniu od wykonującego dotąd „czarną robotę” Laurensa Ten Dama, który 8. miejscem w GC potwierdził słuszność wiary, pokładanej w nim przez (niezbyt licznych, co prawda) fanów, w tym i piszącego te słowa. Postawa 32-latka zestawiona z kiepską jazdą Mollemy i faktem, że w Wielkiej Pętli zawiódł cały „kwiat młodzieży”, powinna dać szefom holenderskiego teamu do myślenia. Zważywszy na świeżą dymisję Erika Breukinka, może już dała.

Materiał do przemyśleń mają też w ekipie Sky Teamu. Taki już los seryjnych zwycięzców – teraz każdy nie wygrany wyścig to porażka. Patrząc z perspektywy zakończonego wyścigu, wydaje się, że szanse na podtrzymanie zwycięskiej passy były iluzoryczne. Nie ten skład i nie ta forma. Chris Froome ukończył Vueltę tuż za podium i już nie przypominał killera z trasy TdF. Wielu fanów uważa jednak za dobry znak to, że pokazał „ludzką słabość” (nie mając bynajmniej na myśli głupoty, którą popisał się na 4. etapie). A że i Ben Swift nie nawiązał do dokonań z Tour de Pologne, „Niebiańscy” zaliczyli imprezę nawet bez etapowego zwycięstwa. Uran i Henao, dla których góry są drugim domem, wbrew oczekiwaniom „nie wyrywali sobie rękawów”, by wspomóc słabnącego z etapu na etap kenijskiego Brytyjczyka. Pewnie woleliby poszaleć na własny rachunek, ale w Sky nie ma takiej opcji. Nie zdziwiłbym się, gdyby kiedyś okazało się, że Dave Brailsford celowo wpuścił swą niecierpliwą gwiazdę na tę minę w ramach terapii wychowawczej. Ja, w każdym razie, bym tak zrobił.

Najwięcej powodów do świętowania mieli, co oczywiste, kibice hiszpańscy. Wspaniale pojechali ich rodacy w teamach zagranicznych (Saxo Bank, Katiusza), ale powody do dumy dawali też kolarze rodzimych ekip. Palma pierwszeństwa należy się Movistarowi nie tylko z racji wygranej klasyfikacji drużynowej. Ich łupem padły także dwie koszulki (biała i zielona), drugi stopień podium GC i 3 etapy. A 10. pozycja Beñata Intxausti też nie w kij dmuchał. W górach dowody nietuzinkowego talentu zademonstrował kolejny przedstawiciel kolumbijskiej „nowej fali” Nairo Quintana, ale główne aktywa ekipa Eusebio Unzue zawdzięcza Alejandro Valverde.

Jeżeli słyszycie teraz Państwo głuche dudnienie, prosimy nie regulować odbiorników. To Wasz sprawozdawca bije się w piersi. Zdarzyło mu się bowiem napisać w „potourdefransowej” analizie, że:
„Nadzieje Movistaru na spektakl „Valverde, reaktywacja” okazały się nieco na wyrost. Alejandro Valverde niewiele już dopisze do listy swych sukcesów w Grand Tourach. Etap tu, etap tam… Przynajmniej wyścig skończył z fasonem, bo drugi z asów hiszpańskiej grupy, Cobo, przejechał go treningowo”.

Jeżeli cytuję te słowa, to nie z pobudek masochistycznych, lecz dla podkreślenia jak nieobliczalnym, a przez to pięknym sportem jest kolarstwo szosowe.

Najbardziej zagorzali fani przystojniaka z Murcji dyskutują wciąż, czy gdyby nie stracił na feralnym 4. etapie 54 sekund, ten gość na zdjęciu poniżej miałby tyle samo powodów do radości. Cóż, zostawmy ich z tymi wątpliwościami – należą wszak do gatunku nierozstrzygalnych.

stage 17 Contador
Taa… a Cobo, było nie było – obrońca tytułu, znów treningowo. Ciekawe, do której imprezy tak trenuje? Hiszpan otwiera długą listę kolarzy, którzy swoim występem sprawili srogi zawód. Ale o tym, jak i paru innych sprawach, w ostatnim odcinku podsumowania.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część