Sezon 2014 (1): Wejście Smoka… Wawelskiego

 

Patrząc wstecz, zorientowałem się, że poprzednie podsumowania kolarskiego sezonu opatrywałem tytułami mającymi silny związek z meteorologią. Było tam coś o trzęsieniach ziemi, wiatrach odnowy i tym podobnych zjawiskach pogodowych. Biorąc pod uwagę skalę napięcia i emocji, jakich dostarczyli nam w minionym sezonie nasi ulubieńcy, by konsekwentnie kontynuować wątek meteo, musiałbym głębiej zaczerpnąć z arsenału katastroficznego. I kiedy tak, niczym z Żeromskiego „rozdarta sosna”, nie mogłem zdecydować, czy lepsze będzie tsunami czy erupcja wulkanu, uświadomiłem sobie, że pakuję się w ślepą uliczkę. Bo co napiszę, gdy za rok Polak wygra jeden z Wielkich Tourów?… Armageddon?

By nie wpadać w zbyt pompatyczne tony i wrócić do emocjonalnej równowagi wypadałoby sobie dla odmiany powtórzyć: Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało. Zupełnie nic. Poza tym, że zdobyliśmy mistrzostwo świata,  wygraliśmy parę wyścigów, z naszym Tour de Pologne na czele, etapy Tour de France i Vuelty, koszulkę w grochy i kilka innych… Normalka.

kwiatek tećza 2

Pisałem już o tym w innym miejscu, teraz powtórzę. Wielokrotnie sygnalizowany w latach poprzednich, wręcz wpędzający nas w kompleksy, problem braku polskich zwycięstw nareszcie stracił dziewictwo. Długo dopraszaliśmy się tych wiktorii, jako spragnieni kibice, a gdy już przyszedł ich czas, to posypały się jak z rogu obfitości. Dobrze, że właśnie w takim roku. Bo to, co działo się w polskim sporcie Anno Domini 2014 przypominało slogan reklamowy pewnej firmy usługowej: Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać. To ważne, że w tych dniach narodowej chwały polscy kolarze nie dali o sobie zapomnieć. Nie pozwolili zepchnąć się w cień siatkarzom, piłkarzom, skoczkom czy lekkoatletom. Rozwiali nieprzyjazną aurę, w jakiej wcześniej postrzegała ten sport krajowa opinia publiczna. To już nie „adepci brudnego sportu”, „ci, co biorą”. To znów, jak w latach 70-tych ubiegłego wieku: „nasi kolarze”, „nasi mistrzowie”, „nasi chłopcy”. I kto wie, czy ta zmiana optyki nie jest najważniejszym w skutkach osiągnięciem kolarskiej braci znad Wisły?

Na dobre imię polskiego kolarstwa szosowego pracowało w tym roku wiele osób. Pierwsze skrzypce zagrali (podobnie jak przed rokiem, lecz tym razem z jeszcze większą maestrią) Michał Kwiatkowski i Rafał Majka. Tej parze zawdzięczamy najwięcej emocji i wzruszeń. I to takich, których intensywność wykroczyła poza wszelkie skale pomiaru.

Jeździec Omega Pharma od początku sezonu robił medialną furorę. Nie bez przyczyny. Wszak koszulka z polskim godłem na piersi kolarza mijającego metę z rękoma uniesionymi w geście triumfu była widokiem niezwykle fotogenicznym. Podobało się nie tylko nam. Kwiato szybko awansował na pupila sportowych mediów w Europie i poza nią (i jak tu nie wierzyć, że wygląd pomaga w karierze?).

Wiosenne sukcesy Michała wyliczałem już szczegółowo we wcześniejszym tekście. Z tych najważniejszych, przypomnę efektowną wygraną w Strade Bianche, 2. miejsce w cenionej tygodniówce Dookoła Kraju Basków, znakomitą postawę w Ardeńskim Tryptyku – był w ścisłej czołówce każdego z tych klasyków, a podium monumentu Liege-Bastogne-Liege to następny mocny akcent z etykietą „po raz pierwszy”. A po kolejnej próbie zmierzenia się z La Grande Boucle, nadeszła mniej obfita w starty, za to jakże radosna dla nas jesień. Preludium do Wielkiego Finału stanowił udany (kolejne podium) występ w Tour of Britain, a co było potem, wiadomo. Tak to wówczas widziałem i tak przeżywała to z nami cała Polska. A że nie zrobiłem tego wcześniej, nadrabiam teraz, wymieniając całą ósemkę, która tak wspaniale pomogła Kwiatkowi na trasie mistrzowskiego wyścigu: Maciej Bodnar, Michał Gołaś, Bartosz Huzarski, Bartłomiej Matysiak, Przemysław Niemiec, Maciej Paterski, Michał Podlaski, Paweł Poljański.

Drugi z naszych wirtuozów roweru, Rafał Majka, zaczął swą listę trofeów od szóstego miejsca w klasyfikacji generalnej Giro d’Italia. Parę lat wcześniej pewnie poświęciłbym temu wydarzeniu cały poemat, teraz tylko odfajkowuję i pędzę dalej, by się ze wszystkimi sukcesami w jednym tekście zmieścić. Co za czasy nastały, proszę Szanownego Państwa.

Tym bardziej one dziwne, że ojcowie chrzestni polskiego kolarskiego cudu, to zgoła międzynarodowe towarzystwo. I nie mam tu na myśli tylko panów Lefevere, Riisa i Tinkowa. Może zdałoby się butelczynę czegoś szlachetnego podesłać też Kreuzigerowi i lekarzowi Astany. Bo przecież, gdyby nie oni, to nikomu by do głowy nie przyszło wzywać na Tour Rafała w charakterze pogotowia ratunkowego dla Contadora. Pewnie historia polskiego kolarstwa potoczyła by się inaczej, gdyby Contadorowi nie zachciało się zgrywać Sagana i popisywać na szosie. Hiszpan przekonał się, że na kaskadera się nie nadaje, a przymuszony (ha, ha, ha, jak to teraz brzmi) do udziału w Wielkiej Pętli Rafał nudził się tam bez niego jak minister na dożynkach. I z tych nudów, żeby się jakoś rozerwać, wygrał dwa najtrudniejsze etapy (szczęki opadały) i klasyfikację górską, stając się z miejsca jedną z najgorętszych atrakcji dla międzynarodowych mediów.

BtPaL_ICUAAkil3

 

A kiedy potem sprostał presji otoczenia i w stylu niekwestionowanego dominatora wygrał Tour de Pologne, wydawało się, że to już nadmiar przychylności fortuny i nic lepszego nas w tym roku nie spotka. Na szczęście, tak było tylko do 28 września. A przed tą pamiętną datą ucieszył nas bardzo kolejny sukces naszej rowerowej husarii. Przemysław Niemiec, wygrywając (i to w jakim stylu!) etap Vuelta a España, przełamał kolejną barierę niemożności. Dodajmy, że Przemek dorzucił ten sukces do wcześniejszego podium Giro del Trentino.

Sedno właśnie w przełamaniu barier. Pierwsze wiosenne sukcesy pozwoliły uwierzyć naszym we własne siły. Były jak kamyki uruchamiające lawinę. Bo… jak człowiek wierzy w siebie, to cała reszta to betka, nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać. Miał rację ten Jerzy Stuhr, miał rację…

Uwierzyli, że można nie tylko nasi world-tourowi zawodowcy. Także najlepsza krajowa ekipa kolarska, CCC Polsat Polkowice, spisywała się najlepiej od lat, odnosząc sukcesy już nie tylko nogami stranierich, jak przed rokiem. Maciej Paterski wygrał posiadającą kategorię HC etapówkę Tour of Norway i świetnie spisał się w Ponferradzie, kończąc na 17. miejscu. Kropkę nad i, podsumowującą udany sezon „pomarańczowych”, postawił niezniszczalny 43-letni Davide Rebellin, zwyciężając w Giro dell’Emilia.

Wszystkich naszych sukcesów nie sposób wymienić. I dobrze – znacznie gorzej było w latach, gdy można je było policzyć na palcach. Od nadmiaru głowa nas nie rozboli. Udany sezon miał zwycięzca Tour of China, lider BDC Marcpol, Kamil Gradek. Świetnie wprowadził się do Tinkoff-Saxo Paweł Poljański, zaznaczyli swą obecność na zagranicznych szosach Łukasz Wiśniowski i Paweł Bernas.

Coraz bardziej widoczne są w międzynarodowym peletonie nasze panie. 20-letnia Kasia Niewiadoma ma zaszczyt ścigać się w kolarskim dream teamie, Rabobank-Liv, u boku samej Marianne Vos i wcale nie chowa się tam za plecami starszych i bardziej utytułowanych koleżanek. Nasza dwukrotna mistrzyni świata w scratchu, Katarzyna Pawłowska, udanie łączy karierę torową ze startami na szosie. Małgorzata Jasińska i Eugenia Bujak (świeżo upieczona mistrzyni Europy w wyścigu punktowym) również z powodzeniem ścigają się w zawodowych teamach za granicą. W kraju mamy prezentującą, jak rzekłby pewien Leo, international level ekipę TKK Pacific z doświadczoną liderką, Pauliną Brzeźną-Bentkowską. Aż prosi się, by media, sponsorzy, ale też i sportowe władze przychylniej na kobiece kolarstwo spojrzały.

kasia niewiadoma

A włodarze naszego sportu (i przeznaczanego na sport budżetu) pokazali, że ich serca nie z kamienia i mamy oto Narodowy Projekt Rozwoju Kolarstwa. Za państwowe pieniądze. Niewiele ich będzie z początku, co prawda, lecz najważniejsze teraz, by projekt szybko (ale i z sensem) ruszył. Nad zwiększeniem jego budżetu możemy w przyszłości popracować. A że zdarzało mi się niejednokrotnie Polski Związek Kolarski skrytykować, z tym większą przyjemnością udzielam mu niniejszym pochwały, bo w tej sytuacji wykazał należyty refleks i skuteczność.

Tyle o naszych, polskich sprawach. Resztą świata zajmę się w drugiej odsłonie podsumowania. Tam też, już tradycyjnie, rozdam parę tytułów i prztyczków.

Krzysztof Suchomski

dla przypomnienia podsumowania lat poprzednich:
2012 (1), 2012 (2), 2012 (3), 2013 (1), 2013 (2)

I aby starej polskiej tradycji „akademii ku czci” stało się zadość, zapraszam na część artystyczną.