Polak potrafi

 

Kiedyś to tytułowe hasło – efekt „burzy mózgów” partyjnych propagandzistów epoki Gierka było przedmiotem żartów, zwłaszcza w zestawieniu z dość powszechnym wtedy „niedoróbstwem”. Ciagle coś trzeba było naprawiać, poprawiać, prostować. Więc mruczeliśmy sobie pod nosem Polak potrafi, po raz n-ty wzywając hydraulika, stojąc nad meblami, których nie dało się skręcić w całość lub zapalając świeczkę z powodu braku prądu. Ale przynajmniej sukcesy w sporcie były i rekompensowały nam tę socjalistyczną biedę. Później i tego zabrakło.

Polski kibic przywykał do tego, że zawsze trafiali się jacyś obcy, co naszym spuszczali łomot i z czasem przerodził się w malkontenta. Owocem czego były słynne stadionowe przyśpiewki: Już za cztery lata, juz za cztery lata, Polska będzie mistrzem świata albo Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało.

Tkwiliśmy w powszechnym maraźmie, łapiąc się sukcesów Adama Małysza i Justyny Kowalczyk, niczym tonący brzytwy. Dziwny to był stan, bo z jednej strony ten powszechny brak wiary w to, że polski sport można odmienić, a z drugiej przemożny głód sukcesu, nawet jego namiastki, powodujący, że Polacy gotowi byli pielgrzymować za swoim idolem po całej Europie.

kwiato podium 2

Wychodzimy z tego na szczęście. Mamy znów wspaniały rok polskich sportowców. Złote medale na Zimowych Igrzyskach, zwycięstwa lekkoatletów. A w 40 rocznicę powtarzamy mistrzostwo świata siatkarzy i mistrzostwo świata w indywidualnym wyścigu szosowym. Trwający jeszcze sezon to pasmo wspaniałych osiągnięć kolarzy zwieńczone wczorajszym wyczynem Michała Kwiatkowskiego. To już nie pojedyncze wyskoki formy, czy skutki splotu okoliczności. Zaczynamy zbierać efekty pracy ludzi, którzy są mistrzami w swoim fachu i, co najważniejsze, głęboko wierzą, że to, co robią, przyniesie sukces.

Bo wiara przenosi góry. Michał Gołaś powiedział, co wyróżnia jego sławniejszego imiennika wśród kolegów: on się nie boi wierzyć. Kiedy rano, przed wyjazdem z hotelu na start, Kwiato rzucił Markowi Sawickiemu: ubierz się porządnie, będziemy stać na podium, nie był to dowcip czy fanfaronada, lecz pewność siebie przyszłego mistrza świata.

Trzeba wierzyć w siebie i w naszych, choćby tak, jak Darek Baranowski, który komentując wyścig, na kilometry przed metą krzyczał, że Polak jedzie po mistrzostwo i  już nikt mu tego nie zabierze. Po pamiętnym „pchaniu Majki” duetu Jaroński – Wyrzykowski, mieliśmy znów medialny show w postaci kipiącego energią sprawozdania z końcówki wyścigu w wykonaniu tercetu Polsatu: Baranowski, Lepa, Zamana. Wielkie sportowe wydarzenia promują też ich sprawozdawców. Któż ze starszych nie pamięta głosu Jana Ciszewskiego obwieszczającego na Wembley awans Polski do mistrzostw świata? A słynne Leć, Adam, leć Szaranowicza?

Mamy „majstra”, mogą teraz z dumą obnosić się kibice kolarscy. Ci prawdziwi zwłaszcza, którzy przez ostatnie dziesiątki lat byli z tą dyscypliną i naszymi kolarzami na dobre i na złe. Którzy cierpliwie liczyli dni, miesiące, lata, jakie upływały od ostatnich polskich rowerowych wiktorii.

Brawa dla mistrza, ale nie byłoby złotego medalu na jego piersi, gdyby nie wspaniała drużyna, nasza fantastyczna dziewiątka. Oglądając, przecierałem oczy ze zdumienia. Biało-czerwoni po prostu zdominowali wyścig. Byli zawsze tam, gdzie powinni, a przeważnie z przodu. Dzięki nim Kwiato bezpiecznie i komfortowo dojechał w czubie peletonu do decydujących odcinków trasy. To czego dokonali Michał Gołaś i Maciek Paterski na ostatnim okrążeniu, to osobne mistrzostwo świata. Ale słowa pochwały należą się wszystkim. Oczywiście również sztabowi szkoleniowemu, Piotrowi Wadeckiemu, Andrzejowi Piątkowi i całej ekipie.

Polacy na Ponferrada

Ale głównym bohaterem jest nasz mistrz świata. Podziwiam jego determinację, konsekwencję i rozwagę, z jaką wspina się po kolarskiej drabinie na sam szczyt. Z zadziwiającą w tak młodym wieku dojrzałością planuje rozwój swej kariery i skutecznie potrafi wcielać te plany w życie. Nie zbijają go z tropu przejściowe niepowodzenia, ani krytyka („życzliwych” nigdy nie brakuje). Sięga po to, co sobie zaplanował z taką pewnością siebie, jakby w jego słowniku nie istniało słowo niemożliwe.

Tak pięknie prezentował się wiosną w koszulce z Białym Orłem. Zabrali mu? Trudno, więc muszę założyć tęczową – powiedział Michał. I jak powiedział, tak uczynił. Nikt mu tego zwycięstwa nie podarował, nie skorzystał z cudzego nieszczęścia, ani z żadnego „układu”. Konsekwentnie, punkt po punkcie, realizował swój plan. Wygrał w stylu, w jakim zwyciężały największe legendy szos. Dacie wiarę? Dokonał tego, co nie udało się przez tyle lat samemu Fabianowi Cancellarze. Zrobił to właśnie tak, jak wymarzył sobie wielki Spartakus. Czy można o lepszą rekomendację?

Can’t imagine more worthy champ! – tweetuje jego kolega z Omegi, Bakelants, i nie jest to kurtuazja, bo media społecznościowe roją się od podobnych wpisów z całego świata.

Będziemy sobie ten film z ostatnich minut wyścigu odtwarzać w nieskończoność, za każdym razem zachwycając się czym innym. Miny tej czwórki, gdy nagle Michał jak duch wylądował im na plecach – bezcenne. I przejazd przez rondo na pełnej szybkości – maestria. A jak ja nienawidziłem tego Gilberta, że tak goni zażarcie. Belgijski pies ogrodnika, sam nie zeżre, a Polakowi nie da. I jakie nazwiska w tej pogoni – cream of the cream zawodowego kolarstwa. Nie dali mu rady.

Kręcąc głowami z podziwem będziemy sobie jeszcze przez lata powtarzać: jak on to zrobił? A ta demonstracja na mecie? Siła spokoju to mało powiedziane. Teraz możecie mi… dał do zrozumienia goniącym. Zwolnił sobie, przyodziewek poprawił, rower się toczył powolutku, a bezradni przeciwnicy mogli co najwyżej toczyć pianę z ust. Przejechał kreskę, niczym Juliusz Cezar wracający do Rzymu z podboju Galii. Scena godna Oskara. I ten przejazd przez metę przejdzie do legendy polskiego sportu, jak gest Kozakiewicza, czy trawka w zębach Jacka Wszoły.

Fajnie mieć co niedzielę mistrzostwo świata – zauważył na Twitterze dziennikarz i komentator piłkarski, Przemysław Rudzki. Ano fajnie. Polak potrafi i tak ma być. Przyzwyczajajmy się, bo w naszym sporcie ma się ku lepszemu. Niech nam te mistrzostwa po prostu wejdą w krew.

Krzysztof Suchomski