Those were the days (3)

 

Rok 1974 zaczął się dla polskiego kolarstwa od mocnego akcentu. Reprezentacja Polski, jako pierwsza w historii drużyna amatorska, została zaproszona do udziału w wyścigu dla zawodowców. I to nie byle jakiego. Paryż – Nicea, zwany Wyścigiem Ku Słońcu, należał wtedy do elitarnego grona najważniejszych kolarskich imprez sezonu i cieszył się zdecydowanie większym niż dziś prestiżem. Taki gest ładnie wpisywał się w ogólny klimat polityki odprężenia i porozumienia między Wschodem i Zachodem, charakteryzujący lata siedemdziesiąte. Zaproszenie Polaków, potwierdzało to, o czym my przekonani byliśmy od dawna, a zachodnia Europa zobaczyła w Barcelonie: Polska jest potęgą nr 1 w kolarstwie zwanym amatorskim.

Konfrontacja zakończyła się porażką. Nasi kolarze, zwykle zaczynający sezon startowy na przełomie marca i kwietnia, musieli pokonać w osiem dni 1267 kilometrów, w tym trudne etapy przez Alpy. Na własnej skórze przekonali się, że wielkie wyścigi rozstrzygają się w górach. Ale na płaskich etapach dzielnie dotrzymywali kroku śmietance zawodowców. Ryszard Szurkowski na pierwszym etapie przegrał o błysk szprychy z samym Merckxem, na 4. i 7. etapie był trzeci za Belgami, Lemanem i Van Lindenem.

Polskę i całe kolarstwo amatorskie reprezentowali: Jan Brzeźny, Edward Barcik, Janusz Kowalski, Bogdan Kręczyński, Wojciech Matusiak, Tadeusz Mytnik, Mieczysław Nowicki, Stanisław Szozda i Ryszard Szurkowski. W zawodowej „Reszcie Świata” aż roiło się od sław, wymieńmy kilku chociaż: Merckx, Gimondi, Poulidor, Zoetemelk, Thevenet, Agostinho, Kuiper, Guimard, Planckaert, Van Springel. W takiej konkurencji Janusz Kowalski zajął 27, a Ryszard Szurkowski 28 miejsce w klasyfikacji generalnej.

Za to Wyścig Pokoju raz jeszcze zdominowaliśmy jako drużyna. Błyszczał Staszek Szozda, który wygrywając 6 etapów, zajął 1. miejsce w klasyfikacji generalnej. A przez pierwszą połowę wyścigu liderem był najlepszy nasz czasowiec, Tadeusz Mytnik.

Na mistrzostwa świata do Montrealu jechaliśmy po raz pierwszy w charakterze obrońców tytułu. Atmosfera daleka była od wzorowej. Dały o sobie znać ambicje naszych gwiazd, a i zgrzyty w dowództwie ekipy na linii Walkiewicz – Rusin nie sprzyjały zjednoczeniu drużyny na wspólnych celach.

Szurkowski marzył o drugim tytule mistrzowskim, co uczyniło by go numerem 1 w historii kolarstwa amatorskiego (no co w opinii świadków całkowicie zasługiwał). Wielu dotąd zakładało koszulkę mistrza świata, lecz tylko Gustaw-Adolf Schur dwukrotnie (1958, 1959). Niemiec z NRD nie odniósł jednak tylu sukcesów w wyścigach etapowych. Kolarz wrocławskiego Dolmelu specjalnie przygotowywał się do obrony tytułu, nawet kosztem odpuszczenia prestiżowego dla nas Wyścigu Pokoju.

Z kolei Szozda czuł, że to jego sezon i tym razem on zasłużył na rolę lidera. Uważał, że Szurkowski jest mu winien rewanż za pomoc w Barcelonie. Być może te animozje wpłynęły na słaby wynik drużyny w jeździe na czas. Przegraliśmy ponad 6 minut do Szwedów i z siódmym miejscem odnotowaliśmy najgorszy występ na przestrzeni kilku ostatnich lat.

To musiało jeszcze zaostrzyć apetyty liderów biało-czerwonych, bo nikt nie chciał wracać do domu z pustymi rękami. Był jeszcze joker w tej talii, ale nie ujawniał się przedwcześnie ze swymi ambicjami, więc para mistrzów nie postrzegała go jako rywala, a pomocnika. Janusz Kowalski, 22-latek z podpoznańskiej Lednogóry, już przez Henryka Łasaka uważany był za wielki talent. Pamiętnego wieczoru, 5 stycznia 1973, roku siedział w samochodzie trenera. Był jednym z dwójki, która przeżyła i jedynym, który z sukcesem wrócił do ścigania na najwyższym poziomie. Teraz debiutował w takiej imprezie, ale nie miał kompleksów, nie czuł żadnego respektu przed światową czołówką. Wieczorem, przed startem do mistrzowskiego wyścigu zmienił tarczę w swoim rowerze, z 53 na 54. Wierzył, że to może zapewnić mu przewagę na finiszu i nie pomylił się.

Trasa sierpniowego czempionatu w Montrealu była zdecydowanie trudniejsza niż w Barcelonie, ale Polakom, podobnie jak rok wcześniej, udało się zrealizować plan. W końcowej rozgrywce było trzech biało-czerwonych w kilkunastoosobowej grupie. Wcześniej, przez prawie 160 km Kowalski jechał w śmiałej ucieczce.
Przed ostatnią prostą na samotny atak porwał się kolarz ZSRR, Walerij Czapłygin. Nikt za nim nie pogonił – wszyscy oglądali się na Polaków, którzy byli w większości. Tu nastąpił klincz, bo nikt z naszych nie kwapił się, by poświęcić się dla pozostałych. A meta zbliżała się niebezpiecznie. Rozeźlony lider naszej drużyny w końcu ruszył w pościg, pociągając resztę. Dopadli Rosjanina przed metą. Wydawało się, że rozpędzony Szurkowski wjedzie pierwszy na metę, gdy niespodziewanie zza pleców wyskoczył mu przyspieszający w imponującym stylu Kowalski.

KOwalski Montreal 74
Polak mistrzem świata! I znów polscy kolarze na dwóch najwyższych stopniach podium. Opinia publiczna w kraju świętowała kolejny sukces polskiego sportu. A w środowisku wrzało, choć czasy były inne od dzisiejszych i niewiele z tego przedostawało się do mediów. Efektem tych sporów był niesławny występ naszej reprezentacji na wrześniowym Tour de Pologne. Kłótnie między liderami sprawiły, że młodzież z zawodowej ekipy Ijsboerke – Colner (której dyrektorem sportowym był legendarny Rik Van Looy) spuściła tęgie lanie największym asom amatorskiego peletonu. Wygrał 20-letni Andre Delcroix, a bohaterowie z Montrealu, ścigający się wyłącznie między sobą (głównie na lotnych premiach) wylądowali daleko w klasyfikacji.

Wróćmy jednak do Kanady, bo przecież gwoździem kolarskich mistrzostw świata był, jak zawsze, indywidualny wyścig szosowy zawodowców. Eddy Merckx musiał na nim udowodnić, że wciąż jest królem. A było to coraz chętniej kwestionowane przez kolarski światek znużony dominacją, co tu ukrywać, nielubianego, Kanibala. Na dodatek kolarz Molteni miał wiosną problemy z zapaleniem płuc. Po raz pierwszy od 1965 roku skończył sezon wiosennych klasyków bez zwycięstwa. Giro d’Italia wygrał w stylu zupełnie nie przypominającym efektownego występu na włoskich szosach sprzed roku. Wyprzedził Gianbattistę Baronchellego zaledwie o 12 sekund, a swego wielkiego rywala, Felice Gimondiego, o 33 sekundy.

Tour de France wygrał po raz piąty, wyrównując rekord Anquetila. Złośliwa francuska prasa obrażała go wielokrotnie i zarzucała, że zwycięstwo mu podarowano, bo jedynym prawdziwym rywalem był starzejący się Poupou Poulidor (paru faworytów rzeczywiście nie stanęło na starcie), a do tego 38-latek dołożył parę razy Belgowi w górach. Ale Merckx to zawsze Merckx. Na płaskim 21 etapie do Orleanu 12 km przed metą powiedział peletonowi au revoir i odjechał. To było niewiarygodne – zjawił się na mecie półtorej minuty przed resztą zawodników. Później okazało się, że wkurzyli go dziennikarze zarzucający mu, że wygrywa bez fantazji.

Trzymałem kciuki za Kanibala, podobnie jak dzień wcześniej za Szurkowskiego. Nie dlatego, żebym miał coś przeciw niespodziankom, czy zwycięstwom „czarnych koni”. Niech sobie wygrywają w tysiącach różnych wyścigów, a nie tu. Mistrz świata, to w moim pojęciu ktoś, o kim mogę z czystym sumieniem powiedzieć: to jest najlepszy kolarz na świecie. Kimś takim zawsze był (z pewnością nie tylko dla mnie) zwycięzca Tour de France. Nie mam nic przeciwko temu, by mistrzem został wielokrotny zwycięzca monumentów, na przykład ktoś w rodzaju De Vlaemincka, Kelly’ego czy (odnosząc do dzisiejszych czasów) Cancellary albo Gilberta. Ale nie najlepiej przyjmowałem tak zwane „fuksy na torze” – po prostu nie przeszłoby mi przez gardło nazwać najlepszym kolarzem świata kogoś, kto nim tak naprawdę nie jest. Bo jak powiedział w Psach Linda: Muszą być jakieś zasady.

Wcześnie zaatakował Bernard Thevenet, nowa nadzieja Francuzów. Długo utrzymywał się na czele. Grupę pościgową kontrolował Merckx. Belg stopniowo podkręcał tempo. Pracował jak maszyna. Świat zobaczył znów starego, dobrego mistrza.


Odetchnąłem z ulgą. Mistrz znaczy mistrz. Świat trzyma się zasad.
Krzysztof Suchomski

P.S. W drużynie USA na czasówkę jechali Jim Ochowicz, dziś General Manager teamu BMC, oraz Wayne Stetina, którego bratanek Peter dziś jeździ w koszulce BMC.

P.S.2 Na 2 etapie wyścigu Tour de Pologne miały miejsce zupełnie niecodzienne sceny. Ich szczegóły nie przedostały się wówczas do szerokiej opinii publicznej. Uznano, że mogłyby godzić w wizerunek polskich sportowców i dawać zły przykład młodzieży. Nasi czołowi kolarze zostali już po sezonie ukarani zakazem startów zagranicznych na okres pół roku. A o co chodziło?
Szozda jechał jak cień za Szurkowskim, rywalizując z nim na każdym kroku. Ten prowokacyjnie zjechał na koniec peletonu. Obaj zostali z tyłu, peleton zwolnił, wietrząc niezłą zadymę. Młodzi Belgowie skorzystali z okazji i odjechali. Nikt ich nie gonił. Kłótnia miała tak ostry przebieg, że ktoś ze starszych kolegów (bodajże- Tadeusz Mytnik) zaproponował piwo dla oczyszczenia atmosfery. Posłano młodszych pomocników do najbliższego sklepu GS-u i starszyzna wyścigu zatrzymała się przy drodze na „przerwę techniczną”. Etap, jak i cały wyścig, został sromotnie przegrany.