Those were the days (2)

 

Faworytem niedzielnego wyścigu o mistrzostwo świata w kolarstwie szosowym nie mógł być nikt inny niż Eddy Merckx. Od kilku lat, niepodzielnie panując na kolarskim tronie, bez litości dewastował morale przeciwników. Biorąc jednak pod lupę ilość wygranych przez niego wyścigów klasycznych, liczba 2 przy dotychczas zdobytych tytułach mistrzowskich wcale nie wydawała się imponująca. Założenie tęczowej koszulki po raz trzeci było niejako obowiązkiem kogoś, kto zamierzał bezspornie zająć w sercach rodaków miejsce Rika Van Steenbergena (3 tytuły) i Rika Van Looy’a (2 tytuły). Dziś może niełatwo w to uwierzyć, ale Merckx w swojej ojczyźnie nie uchodził wtedy za takiego boga, jak obecnie.

Belgowie to ludzie rozważni, pracowici i oszczędni. Trudno byłoby ich pomylić z takimi na przykład Włochami – pełnymi temperamentu gadułami. Ale gdy idzie o kolarstwo, w spokojnych zazwyczaj Belgach budzi się lew. Powiedzieć, że to ich sport narodowy to za mało. By zdobyć supremację we własnym kraju, Eddy musiał zdetronizować króla klasyków, Rika Van Looy’a, a potem wciąż udowadniać wyższość w utarczkach z grupą najzdolniejszych cyklistów swego pokolenia, z Rogerem de Vlaeminckiem i Walterem Godefrootem na czele.

W pierwszych miesiącach 1973 roku na zawodowej arenie pojawił się nowy konkurent. 21-letni Freddy Maertens (wicemistrz świata amatorów z Mendrisio) stanowił całkowite przeciwieństwo Merckxa. Przy małomównym, sztywnym rywalu luzacki sposób bycia i blond czupryna młodzieńca z północnego wybrzeża bardziej przywodziły na myśl ówczesne gwiazdy rocka niż cyclingu. Od początku zawodowych startów dawał do zrozumienia, że nie zamierza ustępować prawie 30-letniemu Kanibalowi, „na dzień dobry” wyprzedzając go na Ronde Van Vlaanderen.

Nowe wyzwanie zmobilizowało Eddy’go. Można powiedzieć, że zaliczył w owym roku wiosnę życia. Na rozgrzewkę wygrał Gent-Wevelgem, Paryż-Roubaix, Amstel Gold Race i Liege-Bastogne-Liege. Cztery dni po La Doyenne wystartował w Vuelta España, kończąc swój debiut w tym wyścigu zwycięstwem. A po trzech dniach przerwy był już na starcie Giro d’Italia. Ten tour również wygrał, a zademonstrowaną tam klasę mieliśmy okazję podziwiać w filmie Gwiazdy i woziwody, który już na moim blogu prezentowałem.

Merckx miał więc większe powody, by uważać się za lidera belgijskiej reprezentacji na światowy czempionat niż Maertens, który w pierwszym roku zawodowych startów z większych rzeczy wygrał Scheldeprijs i 4 dni Dunkierki. Ale czy nie wspominałem, że gdy przychodzi do kolarstwa, Belgowie zaczynają dziwnie przypominać Włochów? W każdym razie ego ich czołowych kolarzy jest nie mniej rozdymane niż ich włoskich kolegów. I równie trudno im się ze sobą dogadać. Brzmi znajomo? Przecież właśnie czytamy w newsach, że w belgijskiej drużynie startującej w Ponferradzie więcej aspirantów do roli lidera niż chętnych do pomocy.

Daniel Friebe w wydanej w ubiegłym roku książce Eddy Merckx, Kanibal (polecam, ostrzegając jednocześnie o kiepskiej jakości polskiego przekładu) przytacza relację De Vlaemincka z odprawy przedwyścigowej. Taktykę belgijskiej drużyny określa krótko: prawo dżungli. Jedyne, co do czego skłócone gwiazdy potrafiły się zgodzić, to nie kontrowanie akcji innego Belga, by nie dociągać do niego rywali innej narodowości. Jak się okazało, nawet tego nie udało się dotrzymać.

Kanibal postanowił wykończyć konkurencję w swoim stylu, dyktując zabójcze tempo na ostatnich stu kilometrach. Na dwa krążenia przed końcem zostało przy nim tylko pięciu kolarzy, w tym jeden rodak, właśnie Freddy Maertens. I kiedy Merckx zaatakował i oderwał się od grupy liderów, by ruszyć samotnie po trzeci tytuł, to właśnie Maertens nie wytrzymał i ruszył za nim w pościg, pociągając za sobą Gimondiego i Ocañę. Ta czwórka dojeżdżała razem do mety i wydawało się, że Belgowie nie mają prawa tego przegrać – obaj uchodzili za zdecydowanie szybszych od pozostałej pary.

A jednak. Fatalna współpraca faworytów sprezentowała tytuł mistrza świata Felice Gimondiemu.  Maertens rozprowadzał Merckxa (który oprócz zarzutu o złamanie umowy, zarzucał mu za wczesne rozpoczęcie finiszu), lecz lider miał problemy z mięśniami i nie był w stanie wyjść z koła lead-out mana. Maertens zwolnił oglądając się na starszego kolegę, a jego niezdecydowanie wykorzystał doświadczony Włoch i minął go na samej kresce. Trzeci finiszował Luis Ocaña.

Poniżej fragment filmu dokumentalnego Joela Santoni La Course en Tete z Kanibalem w głównej roli (do samego filmu wrócimy w swoim czasie w FA). Wyścig o mistrzostwo świata w Barcelonie pokazany jest od od 5:25 min. Autor filmu skupia się tu głównie na sylwetce swego bohatera, widzimy tu sceny ukazujące dramat pokonanego idola.

W obozie belgijskim doszło do ostrych starć. Padły mocne słowa i oskarżenia (posuwające się nawet do teorii spiskowych), część z nich, jak to zwykle bywa, wydostała się na zewnątrz. Belgijskie media natychmiast to podchwyciły i na długie tygodnie mały kraj żył wielką kłótnią.

Wielki Merckx przegrał, ale jak każdy wybitny sportowiec, pokazał, że po porażce można się podnieść. O tym napiszę już w kolejnym odcinku wspomnień z pierwszych, ważnych dla mnie, mistrzostw świata w kolarstwie.

Krzysztof Suchomski