Those were the days (1)

 

Tytuł wielkiego przeboju Mary Hopkin sprzed prawie półwiecza najlepiej oddaje moje skojarzenia z hasłem: kolarskie mistrzostwa świata. Myśl nieuchronnie wędruje do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. W „złotej erze” polskiego sportu te właśnie lata szczególnie wybijały się ponad ówczesny (niedościgniony z dzisiejszej perspektywy) poziom. Grad olimpijskich medali, passa niezapomnianej drużyny Kazimierza Górskiego, mistrzostwo świata siatkarzy, a pomniejszych sukcesów nie da się zmieścić na jednym ekranie. To były czasy, w których tytuł mistrza kontynentu bynajmniej nie gwarantował miejsca w top 20 krajowego plebiscytu na Sportowca Roku. W tym ekskluzywnym gronie nie mogło zabraknąć kolarzy, wciąż cieszących się statusem pupilków naszego społeczeństwa.

Podopieczni Henryka Łasaka i jego następcy Wojciecha Walkiewicza od początku tamtej dekady rozdawali karty w amatorskim peletonie. Trzykrotnie wygrali, jako drużyna (trudno w to dziś uwierzyć, ale wtedy triumf drużynowy ceniony był bardziej) oraz indywidualnie (Ryszard Szurkowski) Wyścig Pokoju, pełniący w tamtych latach rolę „Tour de France dla ubogich”, czyli największego wyścigu etapowego dla amatorów. Nasi kolarze (jak wszyscy sportowcy) mieli wtedy status amatorów, co było oczywistą fikcją, bo żyli przecież z jeżdżenia na rowerze, choć oczywiście ich zarobki nie mogły się równać dochodom zawodowych kolarzy z Zachodu.

lasak

Wisienką na torcie polskich przewag w kolarstwie miały być mistrzostwa świata. Łasak wyłowił ze zdolnej polskiej młodzieży grupę, którą specjalnie przygotowywał do wyścigu drużynowego na czas. W 1971 roku, jadąc w składzie: Edward Barcik, Lucjan Lis, Jan Smyrak, Stanisław Szozda, zdobyli brąz w Mendrisio – pierwszy polski medal mistrzostw świata w kolarstwie szosowym. Wypada w tym miejscu wyjaśnić, że w minionej erze w latach olimpijskich mistrzostw dla kolarzy – amatorów nie rozgrywano. Tytuł mistrza olimpijskiego miał wtedy wyższą rangę. Na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium (1972) czwórka chłopaków Łasaka (Smyraka zamienił Szurkowski) zdobyła srebro w wyścigu drużynowym na 100 km.

W wyścigu indywidualnym jeszcze nie udawało się nam zaakcentować swojej dominacji, aż do roku 1973. Do Barcelony jechaliśmy w roli faworytów. Tę opinię wydatnie umocniło złoto w wyścigu drużynowym. Pierwsze polskie złote medale w kolarstwie szosowym zawisły na piersi Tadeusza Mytnika, Lucjana Lisa, Stanisława Szozdy i Ryszarda Szurkowskiego.

Kalendarz czempionatów zwykle układano tak, by indywidualny wyścig amatorów rozgrywany był w sobotę i poprzedzał niedzielny, wieńczący zawody, start zawodowców. Nie oszukujmy się, uwaga większości świata koncentrowała się na niedzieli. W nieznanym nam wówczas z własnych doświadczeń zachodnim systemie wartości, amator to tylko hobbysta, który w swoim rzemiośle jeszcze daleki jest od kunsztu profesjonalisty. Takie podejście zachodnich mediów nie mogło jednak przesłaniać faktu, iż niejeden sportowiec „amator” z tak zwanych „demoludów” prezentował poziom nie ustępujący kontraktowym asom. Ekipa Henryka Łasaka była najzdolniejszą grupą polskich kolarzy, jakich kiedykolwiek przedtem i potem oglądały europejskie szosy. Szkoda, że nie było im wtedy dane spróbować zawodowego chleba. Jestem pewien, że na historyczne tabele zwycięzców wielu prestiżowych wyścigów patrzylibyśmy dziś z nieskrywaną dumą.

Kto wie, ile klasyków mogłoby zakończyć się tak, jak prezentowana na poniższym filmiku końcówka wyścigu indywidualnego amatorów na szosowych mistrzostwach świata w dniu 1 września 1973 roku?

Szozda i Szurkowski zainicjowali ucieczkę, do której zdołali „załapać się” Francuz Bernard Bourreau i Duńczyk Verner Blaudzun. Wymęczeni tempem Polaków kolarze zagraniczni nie byli w stanie nawet zareagować na finałowy atak Szurkowskiego rozpoczęty przed słynnym wzgórzem Montjuic. Staszek Szozda spokojnie ograł ich w walce o drugie miejsce. Złoto i srebro dla Polski. A porwany na grupki peleton przyprowadził do mety kolejny Polak, Wojciech Matusiak.

Dobrze, że niebo było bezchmurne. Nic nie przesłaniało pięknego widoku Henrykowi Łasakowi, który niestety musiał zadowolić się miejscem w niebiańskiej loży honorowej, choć z pewnością wolałby w takiej chwili siedzieć tam na dole, za kierownicą samochodu.

Szurkowski_i_Szozda_1973re

W Polsce euforia. Szurkowski i Szozda ponownie na dwóch pierwszych miejscach zameldowali się w grudniu, na liście bardzo wtedy prestiżowego plebiscytu na Sportowca Roku. Tak, tak… W roku legendarnego „cudu na Wembley”, najlepszy piłkarz drużyny Górskiego (Deyna) był dopiero piąty. Potrzebny lepszy dowód na popularność kolarstwa nad Wisłą?

Mieliśmy polską sobotę, a po niej miała nastąpić belgijska niedziela. I trzeba przyznać, że Belgowie potem długo i namiętnie dyskutowali o wydarzeniach niedzielnego wyścigu. Ale o tym już w następnym odcinku.

Krzysztof Suchomski