La Vuelta ’12 Resumé: Triumf kolarstwa, cz.I

 

La Vuelta a España 2012 wzbudziła ogromne emocje. Cóż dziwnego? – zapytacie. Czyż to właśnie nie jest przywilejem Wielkich Tourów? Tak, lecz w odróżnieniu od innych wydarzeń ostatnich lat, tym razem były to wyłącznie emocje pozytywne. 67. Vuelta wzbudzała zachwyty, niczym piękna dziewczyna przechodząca przez koszary. Oglądaliśmy najbardziej sexy wyścig XXI wieku?

Jeśli już jesteśmy przy apetycznych krągłościach i wyniosłościach, to trasa zawierała ich wyjątkowo dużo. I to takich zapierających dech w piersi. W przenośni i dosłownie. Chciałoby się po wyścigu, jak po niezwykle udanym spektaklu teatralnym, skandować: Autor! Autor!

Zaczęło się „w pięknych okolicznościach” lokalnego folkloru. Na wąskich uliczkach Pamplony ścigali się tylko z czasem, nie z bykami (co nie zawsze jest bezpieczne), ale i tak było klimatycznie jak u Wendersa. Potem nie mniej malowniczo, bo tym razem organizatorzy na szczęście zaoszczędzili nam szaro-burych widoków południowej części Półwyspu Iberyjskiego (jak pamiętam, na ich widok zawsze usprawiedliwiałem hiszpańskich konkwistadorów – też bym stamtąd wyrywał za morza i oceany). Baskonia, Asturia i Galicja nie tylko cieszyły oko zielenią. Pogoda, jaką potraktowały kolarzy, była daleko bardziej przyjazna od andaluzyjskiej spiekoty.

 

Vuelta  stage 12
 

Vuelta ’12 składała się z 21 etapów o łącznej długości 3 360 km. Trasa bezwstydnie preferowała „górali”. Z 36-ciu szczytów i przełęczy, aż 10 podjazdów kończyło etapy. Nie licząc otwierającej zawody krótkiej próby drużynowej, jedna, niespełna 40-kilometrowa czasówka, okraszona sporym wzniesieniem i usytuowana w połowie wyścigu, dawała do zrozumienia, że nie umiejętność jazdy na czas będzie tu języczkiem u wagi. Atrakcją były nie tylko uznane „marki”, jak Bola del Mundo czy Lagos de Covadonga, lecz i tegoroczne „wynalazki”: Cuitu Negru i krótki (ale w opinii kolarzy morderczy) podjazd na Mirador de Ézaro.

Nieoczekiwanie Wyścig Dookoła Hiszpanii stał się większym niż zwykle wydarzeniem medialnym, o czym zadecydowały powrót po dopingowej banicji Alberto Contadora oraz jego spodziewany pojedynek z rewelacją Tour de France i medalistą olimpijskim Chrisem Froome. Oczekiwano, że do walki na górskiej trasie włączą się: kolejny ex-banita Alejandro Valverde i jadący swój najlepszy sezon, Joaquin „Purito” Rodriguez.
Media hiszpańskie ochrzciły imprezę „koncertem czterech tenorów”, co zostało skwapliwie podchwycone i rozćwierkane po wszystkich wirtualnych społecznościach.

 

Contador, Purito,Valverde
 

Hiszpanie, jak wiadomo, za Anglosasami nie przepadają (lubilibyście kogoś, kto odebrał Wam Californię?). Chris Froome na 4. etapie zachował się niczym maszynista pociągu „InterCity” i nie poczekał na zatrzymanego wskutek kraksy lidera wyścigu, Valverde, czym dolał oliwy do ognia. Od tego momentu popis tenorów zmienił się w nierówną walkę mocno już zachrypniętego gwiazdora brit-popu z trójką krewkich i wkurzonych mariachi. Wynik łatwy do przewidzenia i już wkrótce dumni Hiszpanie mogli zająć się wyłącznie muzykowaniem we własnym gronie.

Nie pierwszy raz Contador, Valverde i Rodriguez spotkali się na Vuelcie, ale nigdy jednocześnie w takiej dyspozycji. Każdy z nich, prezentując obecną formę, wygrałby hiszpański Tour rozgrywany w innym roku. Zwycięzca mógł być tylko jeden i został nim ten, który od początku wydawał się najbardziej zmotywowany. El Pistollero wytrzymał ciążącą na nim presję, ale by odnieść upragniony sukces musiał codziennie toczyć homeryckie boje z rodakami. Po paru lekcjach, jakich udzielił mu na stromiznach Purito, wydawało się, że nie da rady skutecznemu jak skorpion Katalończykowi. Pokonał go na pozornie łatwym, pozbawionym trudnych podjazdów 17. etapie do Fuente Dé, wykorzystując dekoncentrację i słabszą dyspozycję rywala (w dużej mierze efekt dnia przerwy). Dowodem na to, jak wielkie było zaskoczenie, niech będzie brak przekazu telewizyjnego z decydującego o powodzeniu akcji ataku Contadora na Collada del Hoz (premia II kategorii), rozpoczętego ponad 50 km przed metą.

 

Contador, Rodriguez
 

Paradoksem jest, że najtrudniejszy wyścig w rozpoczętym stuleciu rozstrzygnął się na jednym z łatwiejszych etapów. Etap nie miałby jednak tak dramatycznego przebiegu, gdyby kolarze nie mieli już w nogach prawie trzech tysięcy wyczerpujących kilometrów. I gdyby nie instynkt, wręcz przebłysk kolarskiego geniuszu El Madrileño, jak z upodobaniem nazywa go kastylijska prasa. Nie mogąc pokonać lidera wyścigu w walce bark w bark na podjazdach, zdecydowal się na pozornie irracjonalny ruch, który w rezultacie sprowadził rywalizację na płaszczyznę samotnej walki z czasem. A tę kolarz Katiuszy musiał przegrać. Powiedzenie „w tym szaleństwie jest metoda” oddaje celnie fantazję Contadora. Chyba wszyscy, oglądając tę brawurową akcję, mieliśmy świadomość, że oto na naszych oczach pisze się kolejna wielka karta historii kolarstwa.

Purito próbował jeszcze kontratakować na Bola del Mundo, ale był to już bardziej atak „na alibi” niż rzeczywista próba odwrócenia losów wyścigu. Na to ostatnie, szczerze mówiąc, nikogo z protagonistów nie było już stać. Bohaterowie byli zbyt zmęczeni. Kolarze pokonujący ostatnie kilometry siłą woli, marzyli tylko o wygodnym łóżku.

Zanim na dobre mogli zaznać odpoczynku, czekał ich jeszcze końcowy etap do stolicy. Tam John Degenkolb (Argos – Shimano) wygral po raz piąty finisz z grupy. Przejdzie tym samym do annałów Vuelty, choć zaznaczyć warto, że sprinterskie skalpy zdobyte w Hiszpanii nie mają tej „mocy rażenia”, co ich odpowiedniki z Tour de France czy Giro d’Italia. Zważywszy, że stawka „ścigantów” w tym roku nie dorównała nawet tej z Tour de Pologne, jak ulał pasuje tu słynna kwestia, którą Demostenes skonfundował jednego ze starożytnych mistrzów olimpijskich: A zatem zwyciężyłeś słabszych od siebie i uważasz to za powód do chwały?

 

stage 21  Degenkolb
 

Niemiecki sprinter nie może, mimo pięciu otwartych szampanów, pochwalić się wywiezieniem z Madrytu zielonego trykotu dla zwycięzcy klasyfikacji punktowej. Przypadł on Alejandro Valverde, podobnie jak biały za klasyfikację kombinowaną. Z kolei koszulkę w grochy (niebieskie) niespodziewanie, lecz zasłużenie wywalczył Australijczyk Simon Clarke z Orica – GreenEdge. W klasyfikacji drużynowej triumfowali zawodnicy Movistar Team. I last but not least – jak przytomnie zauważył bywalec jednego z kolarskich forów: Wygrało kolarstwo!

Krzysztof Suchomski

czytaj dalej