Giro 2013 Résumé: Polski maj (2)

Atak zimy storpedował nadzieje na wielką rywalizację w Dolomitach, nie zdołał jednak zamrozić polskich serc. W naszych domach było ciepło jak przy kominku – to efekt znakomitej jazdy Polaków. Podczas Giro 2012 dumni byliśmy z liczby startujących rodaków, na Vuelcie obserwowaliśmy przechodzenie ilości w jakość, a tej wiosny (umówmy się, że mimo tego, co nasze oczy widziały, nadal będziemy tak nazywać tę porę roku) dzieją się rzeczy, które definitywnie każą nam zapomnieć o myśleniu kategoriami kolarskiego kopciuszka.

Dwóch Polaków w dziesiątce Wielkiego Touru – jeszcze niedawno marzyliśmy, by choć jeden… Na tegorocznym Giro jako nacja ustępowaliśmy jedynie Włochom i Kolumbijczykom. Nasi eksportowi górale, Przemysław Niemiec (6) i Rafał Majka (7), nie tylko zmieścili się „w dychu” klasyfikacji generalnej, ale i w 10 minutach straty do zwycięzcy wyścigu. Obaj otrzymali właśnie przepustki do światowej czołówki. I tak odtąd będą traktowani. Nie jak nadzieje, czy dobrze rokujący na przyszłość, co przez lata powtarzaliśmy sobie jak mantrę. Przyszłość jest teraz. Mamy kolarzy klasy światowej. Nie macie ochoty się uszczypnąć?

 

rafał
 

Duńscy fani Saxo Tinkoff wydziwiali na decyzję Bjarne Riisa stawiającą Polaka w roli lidera ekipy, ale „Mr. 60%” to stary kolarski lis i nosa trudno mu odmówić. Wiedział, co robi. Walkę Rafała ze znakomicie wspinającym się Carlosem Betancurem o białą koszulkę najlepszego „młodzieżowca” obserwatorzy uznali jedyną interesującą rywalizacją Giro 2013. Były zawodnik Krakusa Swoszowice już jest świetnym „góralem”, a kiedy jeszcze poprawi umiejętność pokonywania zjazdów i jazdę na czas, podium Grand Tourów znajdzie się w jego zasięgu.

Odniosłem wrażenie, że jeszcze większe od polsko – kolumbijskiego pojedynku emocje wywoływała nad Wisłą toczona wewnątrz Lampre rywalizacja Przemka z Michele Scarponim. Wielu polskich fanów zżymało się, że nasz znów musi pomagać obcemu, zamiast nie oglądać się na nikogo i jechać po swoje. Takie są jednak realia zawodowego kolarstwa i obrażanie się na nie jest, nazywając po imieniu, dziecinadą. Musimy pogodzić się z faktem, że Niemiec jest wiceliderem, a numerem 1 wciąż Scarponi, który może gorzej od Polaka znosił jazdę w arktycznych warunkach, ale na dwóch wymagających czasówkach nie pozostawił wątpliwości, dlaczego wciąż jest liderem zespołu.

Tym większe brawa dla Przemka, że mimo dodatkowych obowiązków zdołał uplasować się tak wysoko. Wychowanek Sokoła Kęty przeżywa swą najlepszą kolarską wiosnę. Występ na Giro poprzedził miejscami w pierwszej dziesiątce na dwóch worldtourowych imprezach: Tirreno – Adriatico i Volta a Catalunya. Wbrew nielicznym głosom wysuwającym przypuszczenie, że 33-latek z Oświęcimia właśnie osiągnął apogeum sportowych możliwości, pokrzepiam się nadzieją, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

 

przemek
 

Michał Gołaś mógł, jak cała Omega, cieszyć się z pięciu zwycięskich finiszy Cavendisha. A kto jeszcze, oprócz bohaterów wymienionych w pierwszej części podsumowania oraz Polaków i ich ekip, może zaliczyć wyścig do udanych? W świetnych nastrojach wracają do domu szosowcy Movistaru. Cztery wygrane etapy, ósme miejsce w „generalce” i jednodniowe liderowanie Beñata Intxausti, to więcej niż planowali osiągnąć. Usatysfakcjonowani są też szefowie rosyjskiej Katushy. Zdobyczami zespołu są dwa etapowe skalpy oraz kilka dni w różowej koszulce Luki Paoliniego.

Ekipa BMC rozliczona jest z wyścigu dzięki trzeciemu stopniowi podium dla Cadela Evansa, który ponoć przyjechał tu tylko poćwiczyć przed Tour de France. Podzielam pogląd wielu komentatorów, że Australijczyk w drugiej części wyścigu dostał wyraźnej zadyszki i uratował miejsce na podium wyłącznie dzięki rezygnacji z wielu wymagających podjazdów. Tak czy owak, wniebowzięty Jim Ochowicz obiecał już publicznie Cadelowi numer lidera na Wielkiej Pętli. Van Garderen, który po wygraniu Tour of California już witał się z gąską, pewnie zgrzyta zębami. Chyba szykuje nam się kolejna wojenka o przywództwo w stadzie. Nie nasze to zmartwienie, a poza tym zawsze lepiej być szefem zespołu cierpiącego na nadmiar liderów niż na ich brak.

W grę pod tytułem „piekło i niebo” zagrały ekipy AG2R i Vini Fantini. Francuska drużyna wywozi z Włoch piąte miejsce i białą koszulkę Betancura oraz dziesiątą lokatę Domenico Pozzovivo. Ten sielankowy obrazek psuje dopingowa wpadka Sylvaina Georgesa, która prawdopodobnie kosztować będzie team Vincenta Lavenu samowykluczenie (w myśl zasad przyjętych przez MPCC) z dwóch najbliższych imprez World Tour, czyli Criterium du Dauphiné i Tour de Suisse. Upsss… to musiało zaboleć.

Z kolei włoska ekipa pożegnała na trasie dwóch zasłużonych kolarskich asów, jednakże każdy z nich odchodził w innej atmosferze. Stefano Garzellipozdrawiał na ostatnim etapie wiwatujących na jego cześć fanów, kończąc barwną karierę, okraszoną między innymi wygraniem Giro przed 13 laty. Inny z tuzów, także posiadacz maglia rosa Danilo di Luca, kończył przedwcześnie w aureoli komentarzy, z których cretino należał do grupy łagodniejszych. Zepsuło to wizerunek ofensywnie jadącej drużyny, której największym atutem był Mauro Santambrogio. 28-latek, w poprzednich teamach występujący w cieniu sławniejszych kolegów, dosłużył się upragnionych szlifów lidera i dotychczasowymi występami zasłużył na miano odkrycia tegorocznej wiosny. Wygrał górski etap do Jafferau i zdobywając 9. miejsce w klasyfikacji generalnej pokonał Pozzovivo w pojedynku włoskich mistrzów wagi piórkowej.

 

santambrogio
 

Kolarze w kanarkowych barwach zasłużyli na miano włoskiego teamu nr 2. Prezentowali się lepiej niż Bardiani – CSF (mający w swych szeregach tegorocznego „króla gór” Stefano Pirazziego), Androni Giocattoli (11. lokata Franco Pellizottiego, obiecujący debiut Diego Rosy i parę strzelb, które nie wypaliły), worldtourowy Cannondale (zastępujący Basso Damiano Caruso momentami usiłował nawiązać do chwalebnych tradycji występów uczestników z wykupioną miejscówką last minute). Gorzej od „kanarkowych” wypadli też tak oczekiwani tu Escarabajos z Colombia. Nie ten klimat i nie takie, jak sobie wyobrażano góry. Próbowali podreperować „góralską” reputację w ostatnim tygodniu, lecz zważywszy na fakt, że nie wszędzie ich zapraszają, z pewnością mogą rozmyślać nad zmarnowaną szansą.

W podobnych kategoriach kwalifikowałbym także występ holenderskiego (być może po raz ostatni) Blanco. Z tym, że w przeciwieństwie do Kolumbijczyków, kolarze w biało – niebieskich trykotach zapomnieli o zasadzie, że prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym, jak kończą. Nie można im zarzucić braku woli walki. Dopingowani dodatkowo chęcią oczarowania potencjalnych sponsorów, od początku jechali aktywnie i czujnie, ich koszulki należały do najczęściej rzucających się w oczy. Nie dali jednak rady, ani Robert Gesink w walce o top 10, ani Wilco Kelderman, który w górach stracił kontakt w rywalizacji z Majką i Betancurem.

Z dwóch holenderskich teamów, przywykłych do grania roli uboższych krewnych ex-Rabobanku, wyższą notę postawiłbym Argosowi niż zupełnie bezbarwnemu tym razem Vacansoleil, przy czym u tych pierwszych bardziej „zapunktował” u mnie Luka Mezgec niż etapowy triumfator (ale i dezerter) John Degenkolb.
Lotto będące w podobnej do „Wakacyjnych” sytuacji (kim tu walczyć?) potrafiło jednak sobie szanse stworzyć i w stu procentach wykorzystać. Adam Hansen jako pierwszy w tym wyścigu udowodnił, że uparty, samotny jeździec może sięgnąć po etapowy sukces.

FDJ przestaliśmy zauważać z chwilą wycofania się tyle szybkiego, co i bezczelnego Nacera Bouhanni. Mieli też w swych szeregach zawodnika nieznanego nawet znawcom kolarstwa, Francisa Mourey’a, który wsławił się, wyrzucając niczym „niewidzialna ręka rynku” z pierwszej dwudziestki swego imiennika Francisa De Greefa. Niewykluczone, że Belg niewiele się tym zmartwił, bowiem w trzeciej dziesiątce Wielkich Tourów czuje się zadomowiony nie gorzej niż we własnej sypialni.

Robili co nieco, by zaistnieć w naszych telewizorach szosowcy Radioshack, ale w tym składzie nikt po nich cudów nie oczekiwał – pojechali zatem na miarę oczekiwań. Za to znacznie poniżej oczekiwań plasuję zespół Orica Greenedge, któremu nie pomogła wiele widowiskowa, ale zupełnie nieskuteczna jazda Pietera Weeninga. A jeśli góral był, mimo to, najjaśniejszym punktem sprinterskiej (z ambicjami) ekipy, mówi to samo za siebie.

W kategoriach porażki postrzegam występ Euskaltelu. Międzynarodowy skład nie okazał się receptą na (jak mawiał Leo Beenhakker) international level. Samu Sanchez poza pierwszą dziesiątką i bez wygranego etapu. Duży zawód sprawił mi też Gorka Verdugo, tak dzielnie spisujący się na ostatniej Vuelcie. Nie był to jednak największy z doznanych w ostatnich tygodniach zawodów – pora przejechać się po największych przegranych.

uran
 

O Sky i jego problemach napisałem już sporo. Częściowo broni ich drugie miejsce Rigoberto Urana, który zanotował w ten sposób swój największy kolarski sukces, cenniejszy od olimpijskiego srebra. Jak na ironię, to nie Kolumbijczyk, otwarcie mówiący o swym rychłym rozstaniu z zespołem, miał tu być ich pierwszoplanową gwiazdą. Nad Wigginsem nie będę się już znęcał, ale przecież nie jest on jedynym, który zawiódł. Wielkim rozczarowaniem była kiepska dyspozycja znakomicie prezentującego się w kwietniu Sergio Henao. Gdzie się podział ten wspaniały góral, który tak nas zachwycał w baskijskiej tygodniówce? W nagły brak formy nie wierzę, więc co, u licha? Jeden z tych dziwnych atakujących peleton wirusów, czy może takie kolarskie fochy kolejnego w tym gronie kandydata na gwiazdę?

Z wielkiego tridente, które miało w górach w pył roznieść przeciwników, został sam Uran. Sam dosłownie, bo częstokroć w czołówce nie miał nikogo do pomocy. Nie on jeden przecież, powiecie. To też racja, ale przecież nie z taktyki „na Evansa” zasłynęli Niebiańscy i nie taki scenariusz mieli tu realizować. Można było mieć wrażenie, że jadą do Włoch „silni, zwarci, gotowi”, by odzyskać nimb niepokonanych i zdobyć przewagę psychologiczną przed Wielką Pętlą. Cóż, posypało się jak domek z kart.

Największymi przegranymi imprezy zostali jednak kolarze Garmin, wśród których jedyny Ramunas Navardauskas starał się ratować honor oddziału, bardziej przypominającego odbywających karę skazańców niż ochotników wysłanych do obrony tytułu. A przecież nie byli to debiutanci, a grupa doświadczonych szosowców, mająca w składzie paru uchodzących za niezłych „górali”. Nawet po tak widowiskowej klęsce lidera, można było oczekiwać, że starczy im odporności psychicznej i umiejętności, by udowodnić sponsorom i sympatykom kolarstwa, że Garmin to nie tylko Hesjedal i Daniel Martin. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Dość o negatywach, chcielibyśmy z wyścigu zapamiętać bardziej krzepiące na duchu obrazki. Pamięć jednak najwyraźniej rządzi się swoimi prawami. Poza bezspornie najbardziej nas pasjonującymi chwilami, związanymi z jazdą Polaków, najmocniej utkwiły mi w pamięci momenty bynajmniej nie decydujące o losach wyścigu: szalony zjazd do Marina di Ascea, Scarponi na mecie Jafferau ogrzewający dłonie pod koszulą stewarda, finisz piątego etapu i dramat Marco Canoli, nie potrafiącego na oczach całych Włoch utrzymać przewagi na ostatniej, diabelnie długiej prostej. Z tego samego 5. etapu pozostanie ze mną na długo (tym bardziej, że już zapisany jest na dysku) zniewalający widok I Sassi di Matera. Mogę więc z czystym sumieniem zapewnić, że czegoś się na 96. Giro d’Italia nauczyłem.

W przyszłym roku mam nadzieję podziwiać piękno Italii przy bardziej sprzyjającej kolarzom i kibicom pogodzie. Ze słów Mauro Vegni, dyrektora technicznego wyścigu, wynika, że w 2014 organizatorzy ponownie rzucą wyzwanie naturze – zapewnił, że wspinaczki powyżej 2 tysięcy metrów będą kontynuowane. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

Krzysztof Suchomski

Pierwsza część podsumowania Giro 2013