Giro 2013 Resumé: Zamrożone emocje (1)

Znawcy, przeglądając partyturę utworu, potrafią zachwycić się jego melodią, docenić kunszt kompozytora. Kolarscy melomani, zapoznawszy się z partyturą trasy 96. Giro d’Italia, cmokali z zachwytu nad iście beethovenowską harmonią kompozycji, doskonałością proporcji między monumentalnym forte gór a wymagającymi wirtuozerskiej techniki meandrami zejść w doliny. Patrząc zaś na skład Wielkiej Orkiestry Różowej Pętli, oczekiwali pełnej gamy emocji i wzruszeń, jakich dostarczy im mistrzowskie wykonanie wspaniałego dzieła. Niestety, okrutny spotkał ich zawód, albowiem (pozostając w kręgu poetyckiej metafory) piorun dupnął w szczypiorek. I po emocjach.

Zapewne jakaś dostojna komisja (mieszkańcy Półwyspu Apenińskiego lubią powoływać je nie mniej niż nasi rodacy) zajmie się wyjaśnieniem, czym obrażono Władców Pogody, skoro zrewanżowali się organizatorom Giro, kolarzom i nam, kibicom, meteorologicznym Armageddonem. Według mnie, mieli już po dziurki w nosie powtarzanych bez opamiętania bredni o tak zwanym globalnym ociepleniu. Macie swój ocieplony maj rzucili nam z przekąsem, dodając: i nie mówcie, że wcześniej nie ostrzegaliśmy. Kto oglądał Mediolan – Sanremo wie, że zaprzeczać nie ma sensu.

Ulewy, śnieżyce, mgły, mróz i zarazy dopadające to kolarzy, to ich metalowe rumaki, wirusy atakujące realizatora transmisji i stronę internetową wyścigu – wszystko razem tworzy ponury obraz zesłanych na Bella Italia Siedmiu Plag Włoskich.

 

zima
 

Organizatorom udało się jakoś przetrwać inwazję nieszczęść, aczkolwiek z olbrzymimi stratami. W każdym wymiarze. Zmasakrowana trasa wyścigu, pokiereszowani wskutek upadków i chorób faworyci, okrojone transmisje i wystudzone do zera emocje – to straty, które najbardziej martwiły kibiców kolarstwa. Organizatorów zapewne bardziej zabolały te finansowe. Jeśli mimo tego na zakończenie wyścigu oglądaliśmy ich w szampańskich nastrojach, to zasługa pewnego Siciliano, który dawno temu uparł się, by wygrać ten wyścig i w końcu dopiął swego. I tym oto sprytnym mykiem udało nam się zakończyć część artystyczno – organizacyjną i przejść do głównej atrakcji scenariusza, czyli wątku sportowego.

Przed rokiem, podsumowując 95. edycję Giro, pisałem o kryzysie włoskiego cyclismo. Ówczesnej rozpaczy możemy przeciwstawić dzisiejszą euforię, co jednak bardziej wskazuje na skłonność obdarzonych temperamentem Włochów do zmian nastrojów, niż na trwałe wyjście ze wspomnianego kryzysu. Ostatecznie, liczba ich reprezentantów w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej nie uległa zmianie, a etapowych triumfów zdobyli tylko o jeden więcej.

Różnicę zrobił Vincenzo Nibali. Już ubiegłoroczne podium Tour de France przekonało niedowiarków, że jest najlepszą opcją Italii na wyścigi wieloetapowe. Oceniając postawę Włochów w Giro 2012, zwracałem uwagę między innymi na niefortunny dobór liderów. Nibali był już wówczas bez porównania lepszym wyborem niż Basso. Cichy, stanowiący zaprzeczenie pojęcia celebryty, Enzo w blasku reflektorów nie przypomina postrachu oceanów, którego mianem obdarzyli go kibice. W „Rekina” przeobraża się dopiero na szosie, połykając rywali jednego po drugim.

Zmiana „barw klubowych” odmieniła go niczym dotknięcie czarodziejskiej różdżki. To nie ten sam kolarz, który na Wielkiej Pętli znosił pokornie dominację Brytyjczyków, zadowalając się najniższym miejscem na podium. Jako lider Astany od początku roku szukał okazji do rewanżu. Na Tirreno – Adriatico pokonał Froome’a, ale uważano, że wygrał bardziej sposobem niż umiejętnościami. Wątpliwości rozwiał na Giro del Trentino, wygrywając z Bradley’em Wigginsem „siłom i godnościom osobistom”. Któż mógł wtedy przypuszczać, że ostatni etap tego wyścigu proroczo wieszczyć będzie przebieg Giro d’Italia, ukazując dwa najbardziej charakterystyczne oblicza późniejszej rywalizacji: dominację Nibalego i pecha Sir Wiggo.

Dodajmy, że demonstrowana w próbnych galopach doskonała forma Sycylijczyka najwyraźniej była zaskoczeniem dla pewnych siebie Brytyjczyków i w jakiś sposób musiała przyczynić się do zauważalnej w trakcie Giro nerwowości w ich szeregach. Mam wrażenie, że startujący tu w roli faworytów Sky Teamprzegrał wyścig, zanim ten na dobre wystartował. Zwłaszcza w sferze psychicznej. Na monolicie ukazały się rysy i szczeliny, jak wiadomo powodujące przecieki, zręcznie podchwytywane przez media. Wigginsowi, także w kontekście właśnie omawianym, poświęciłem ostatni z felietonów, nie będę zatem powtarzał zawartych tam tez. Uzupełnię je tylko informacją, że zniechęcony i schorowany Anglik poddał się ostatecznie po 12. etapie. Wraz z nim wycofał się trzeci z pretendentów, obrońca tytułu, Ryder Hesjedal. Przyczyny jego fatalnego występu nie zostały jednak zgłębione przez media, których uwaga koncentrowała się głównie na rywalizacji jeźdźców Astany i Sky oraz zmaganiach organizatorów z siłami natury. Odpadnięcie Kanadyjczyka po prostu odfajkowano jako fakt oczywisty (opuszczał pokład z bagażem ponad pół godziny straty do lidera).

Rzucone ręczniki sprawiły, że na ringu pozostał jedyny godny zwycięstwa konkurent, który od tego momentu walczył już bardziej z pogodą niż z rywalami. Odzywają się głosy wskazujące na to, że okrojona trasa wyścigu i brak realnego zagrożenia ze strony zdziesiątkowanej (wskutek upadków, chorób i najzwyklejszego braku formy) konkurencji, czyni triumf skromnego Enzo „mniej triumfalnym”. Pozwolę sobie nie zgodzić się z takim deprecjonowaniem sukcesu nowego bożyszcza Italii.

 

astana
 

Po pierwsze, okrojona trasa wyścigu nie oznacza automatycznie, iż był on łatwy – to bardzo „fotelowy” punkt widzenia. Tym wszystkim, którzy narzekali na decyzje organizatorów, kasujące jedno po drugim majestatyczne wzniesienia, powołując się na „historyczne doświadczenia”, szermując argumentami, że kolarstwo to nie tylko „krew, pot i łzy”, ale również śnieżyce i przebijanie się saperkami przez zaspy – dedykuję opinię Roberta Millara: „owijanie kolarzy w folię nie sprawi, że będą lepiej konkurować”. Jak trudno było ukończyć nawet tak okrojone etapy, widać było po ledwo mogących zsiąść z roweru zawodnikach. Obrazek Scarponiego, wpychającego zgrabiałe dłonie za kołnierz pierwszego napotkanego za metą faceta, mówił o warunkach rywalizacji więcej niż wszystkie opinie specjalistów.

Po drugie, obserwując olimpijski spokój i pewność siebie Nibalego, nabrałem przekonania, że w tych warunkach, walcząc „na swoich śmieciach”, pokonałby Wigginsa i Hesjedala nawet w ich ubiegłorocznej formie. To był świadomy swej mocy challenger, z niezachwianą wiarą sięgający po swoje.

Sukces jest w równej mierze sukcesem lidera oraz teamu. Wszystkie elementy składowe zagrały w harmonii: przygotowanie fizyczne i psychiczne lidera, dobór pomocników, rozpoznanie trasy, taktyka rozegrania całego wyścigu, jak i poszczególnych etapów. Pod każdym względem Astana była górą. Ojcowie zwycięstwa, Sasza Winokurow i Beppe Martinelli, mogą sobie gratulować sukcesu na równi z Nibalim. W drużynie, poza zdobywcą maglia rosa, najlepsze wrażenie pozostawili Tanel Kangert i Fabio Aru – obaj zapewne już niedługo pukać będą do czołowych dziesiątek kolejnych Grand Tourów.

A skoro jesteśmy przy zwycięzcach, parę słów wypada poświęcić zwycięskiej taktyce. Sposób rozegrania przez kazachską ekipę tej batalii przypomniał starą prawdę: Giro to nie Tour i nie wygrywa go się tak samo. Zeszłoroczne perypetie Liquigasu przekonały nas dobitnie, że taktyka pociągu nie zapewnia tu wygranej i doprawdy trudno było tego nie zauważyć. Trudności trasy, i to nie tylko na stromych zboczach Dolomitów, ale i pozornie łatwiejszych etapach, sprawiają, że rytmiczna praca jadącej w sznureczku drużyny, kasującej odjazdy i dokonującej morderczym tempem selekcji w czołówce, tak świetnie sprawdzająca się na francuskich asfaltach, jest nie do utrzymania. O wiele trudniej tu zdominować wyścig, narzucić konkurentom swoją wolę, zachować pełną kontrolę nad peletonem, na wzór US Postal czy Sky.

Na Giro trzeba być z przodu, chronić lidera, mieć oczy dookoła głowy i błyskawicznie korzystać z nadarzających się okazji. Klasyfikację generalną na ogół wygrywa się solowymi akcjami lub odjazdami nielicznych, paroosobowych grupek. Inwencja i umiejętność szybkiego reagowania jest w wyższej cenie niż solidna regularność, choć i w tym względzie zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę (Mienszow w 2009 roku).

Cave
 

Tegoroczny Wyścig Dookoła Włoch miał dwóch bohaterów. Tym drugim jest triumfator pięciu etapów i zdobywca czerwonej koszulki zwycięzcy klasyfikacji punktowej, Mark Cavendish. Manxman zademonstrował wolę walki, której tak zabrakło jego koledze z olimpijskiej reprezentacji. Przynajmniej z niego królowa Elżbieta mogła być w tym miesiącu dumna. Pokonanie przeciwności trasy, które zmogły wielu pozornie wytrzymalszych, pogłębiły szacunek fanów kolarstwa dla nie wszędzie przecież lubianego, zadziornego, a bywało i butnego w przeszłości fightera. Miłym gestem dedykowania jednego ze zwycięstw tragicznie zmarłemu Wouterowi Weylandtowi z pewnością ocieplił swój wizerunek i w żadnym wypadku nie posądzałbym go o kalkulację. To szczery chłopak, częściej działający pod wpływem impulsu niż wyrachowania.

Nie ma w tym roku tak zdyscyplinowanej i zgranej ekipy pomocników do jakiej przywykł w poprzednich zespołach, ani rozprowadzającego klasy Renshawa. I chyba dobrze mu to zrobiło. Nauczył się polegać głównie na sobie. Jak pomogą koledzy z Omegi, to świetnie, jak nie, to i tak sobie poradzi. Parę razy wykazał się sprytem i wyczuciem, jakimi nie powstydziłby się Oscar Freire. Czasem miałem też wrażenie, że brytyjski sprinter, wspinając się na zaśnieżone zbocza, mruczał do siebie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Zahartowany na włoskich ścieżkach zdrowia król sprintu, na trasach Tour de France spadnie na rywali niczym orzeł na wrony. Niech nie liczą na to, że się przeziębił, albo nie daj Boże, zmęczył. To posiadacz żelaznego organizmu – w poprzednich pięciu latach tylko raz zaliczył mniej niż 80 dni wyścigowych. Złota Joanna d’Arc na Placu Piramid czeka.

Krzysztof Suchomski

Druga część podsumowania Giro 2013