Reflektor Bossa: Ci wspaniali mężczyźni za swymi małymi monitorami

 

Trwa najbardziej wyczekiwane kolarskie wydarzenie roku. Peleton od tygodnia śmiga po szosach Francji, która od czasu do czasu przenosi się do Belgii lub Szwajcarii. Niemniej barwna kawalkada rozpocznie dziś rajd po południowych rubieżach Rzeczpospolitej. Ci wspaniali mężczyźni na swych niewygodnych siodełkach (producenci siodełek twierdzą wprawdzie w reklamach co innego, ale Reflektor Bossa doskonale wie, że prawdziwie wygodne siedzenie nosi nazwę fotela), walczą o sławę i przyszłoroczne kontrakty. O tych, którzy wycierają spodenki o Allay’e czy Selleroyale piszemy, relacjonując ich homeryckie zmagania i okazji, by o nich pogawędzić z pewnością nie zabraknie. Dziś reflektorowa wiązka przenosi się na mistrzów sprawozdawczości ustnej, bez których przeciętny telewidz, oglądając ukazywane na ekranie pejzaże, czułby się zagubiony jak mężczyzna w pasmanterii.



Fot. Eurosport Polska
 

Mowa o widzu statystycznym, to znaczy takim, którego uwagę przyciągnął akurat widok grupy rowerzystów jadących na tle pola słoneczników godnych pędzla Van Gogha i chciałby się dowiedzieć, o co mniej więcej chodzi. Widz statystyczny to komentatorów telewizyjnych ulubiony klient. Nie wybrzydza i każde wyjaśnienie weźmie za dobrą monetę. Kocha, kiedy pan redaktor pozdrawia Czesiów i Rysiów, bo czuje w tym swojskie klimaty rodzinnych seriali. Są też inni telewidzowie – bezlitośnie bystrzy i wstrętnie przemądrzali, z tych co to wszystkie kolarskie rozumy pojedli. I co takiemu trollowi wadzi, że pomyli się Gilberta z Evansem (a łatwo, bo się chłopaki u tego samego krawca ubierają), albo Van Summerena z Danem Martinem (przecież podobni jak dwa kufle Guinessa)? Albo, że sprawozdawca nie zauważy odjazdu kilku dziwaków z peletonu? Sprawozdawca nie klawisz, wszystkich nie upilnuje. Nie można mieć wszystkiego na raz. Albo ucieczka, albo przepis na drinka.

Oczywiście, chcieliby, ci małoduszni wybrzydzacze, posłuchać o tych frapujących detalach dotyczących sprzętu, techniki jazdy, biomechaniki z biochemią, o tych licznikach, co to kolarzom waty i kilowaty namierzają i na wykresy nanoszą. Nie ma przymusu przecież. Mogą sobie zawsze na RAI albo brytyjski Eurosport przełączyć. No… języki, trzeba znać, jasne, jest wiek XXI. A jak kto w szkołę kamieniami rzucał, to teraz nie zna. Za to sobie o kulinariach posłucha.

Sprawozdawca też człowiek. Co więcej, jest jak kolarz – nigdy nie wiadomo, czy tego dnia będzie „miał nogę”. To się okazuje dopiero na trasie, wirtualnie przez niego przemierzanej. Obcy mu żar lejący się z lipcowego nieba, nie wdycha kurzu i spalin emitowanych przez dwu i czterokołowe pojazdy wyścigowej kolumny, ale i tak ma nielekko. Siedzi w pomieszczeniu grożącym klaustrofobią i do tego klimatyzowanym (wiadomo ile groźnych chorób taka klimatyzacja może wywołać). Katowany zagranicznymi głosami dobiegającymi ze sluchawek, musi naraz patrzeć w trzy monitory telewizyjne, które są ostentacyjnie małe, plus czwarty od laptopa, pewnikiem jeszcze mniejszy. A przecież jest mężczyzną i brak mu podzielności uwagi przyrodzonej kobiecie, która może jednocześnie mieszać zupę, oglądać serial, rozmawiać przez komórkę, podpatrywać przez okno, co sąsiad wyciąga z samochodu i nogą kołysać wózek z niemowlakiem. I wszystko to, rzecz jasna, robić perfekcyjnie.

Pan redaktor to nie saper, co myli się tylko raz. Oczywiście nie z własnej winy. Mają pismacy swego chochlika, mają takoż jego odpowiednika telewizyjni gawędziarze. I stwór ten nigdy nie próżnuje, pracowity jest jak Polak w Irlandii. W kwestii pomyłek RB nabiera podejrzeń, że sprawozdawcy dostają do wyrobienia jakąś dzienną normę. Nie wyrobisz, wylatujesz. Zamordyzm, panie, gorzej niż za komuny. Ale tak było od zawsze. Ludzie, panie, dobrzy, tylko system do dupy.

I tak sfrustrowani nieludzkim traktowaniem telewizyjni redaktorzy oceniają kolarzy. Z wysokości klimatyzowanego studia ferują wyroki. Ten krzywo jedzie, tamten krzywą ma minę, ichni coś brał (tak jakby w studio o mineralnej gazowanej siedzieli), a ichniejszego jeszcze nie złapali, ale ludziska plotkują. Tu podszczypią, tam przywalą. Nie daj, boziu, im podpaść.

Ale pompka „od rowera” ma dwa końce. Sędziowie też bywają osądzani. RB ma szczery zamiar tego dokonać, a jak już się za coś bierze, robi to po poznańsku, czyli rzetelnie. I tak przyszło mu notatki ze szkoleń korporacyjnych odkurzyć.

Przedmiotem badań niniejszej dysertacji będzie komentatorska brać stacji Eurosport, bo wprawdzie zdarzają się audycje kolarskie w innych, polskojęzycznych stacjach i biorą się za nie osoby określane mianem dziennikarzy telewizyjnych, ale RB sądzi, że one pełnią tam rolę wyłącznie dekoracyjną, a ta jak wiadomo jest kwestią gustu, o których z kolei się nie dyskutuje, bo z pustego i Salomon… co było, tak z grubsza, do udowodnienia.
Kryteria oceny jasne muszą być i ocenianym do wiadomości podane przed procesem. Mowa o procesie oceny… oczywiście. Teoria rzecze, iż należy najistotniejsze atrybuty danej pracy wyodrębnić i skwantyfikować (inna szkoła mówi, żeby wyprać, odwirować i powiesić do wyschnięcia).

Wiedza fachowa, nazwijmy ją ekspercką, wydaje się RB elementem koniecznym. Wzorcem jej doskonałym, choć nie z irydu i platyny, jest Daniel Marszałek – nieomylny jak Excel , pewny jak Skała Gibraltaru. Marszałek nie przypuszcza, nie gdyba, nie zgaduje – Marszałek wie. Jest oazą spokoju, lecz niech Was to nie zwiedzie. Jeśli ktoś ma zauważyć, że dzieje się coś ciekawego, że rodzi się zalążek jakiejś akcji, to tylko Marszałek. Dysponuje refleksem nie gorszym od Casillasa, ale bramkarzem nie został, bo nie pozwolili mu przykuwać roweru do słupka. Jego specjalnością są słynne górskie podjazdy, które osobiście przejeżdżał na dwóch kółkach tyle razy, że musieli po nim wylewać nowy asfalt. Jest znany z sokolego oka, choć RB podejrzewa, że Maestro Daniel przynosi do studia własny, wielkogabarytowy ekran o dużej rozdzielczości, bo prawie nigdy nie zdarza mu się mylić kolarzy. Jednostką miary wiedzy eksperckiej będzie od dziś: 1 marszałek [1 M]. Niewykluczone, że w pewnych przypadkach poręczniej będzie wartość pomiaru przedstawić w milimarszałkach [1 mM].

Sprawozdawca musi „mieć gadane”, czyli mieć flow, jak mówią japiszony. Znać języki obce i posługiwać się nimi jest rzeczą chwalebną i pożyteczną, ale w najwyższej cenie jest nienaganna polszczyzna poparta dobrze wyćwiczoną dykcją. W tej konkurencji faworytem RB jest Adam Probosz. Co aktor, to aktor. Z pewnością nie miałby najmniejszego problemu z zaliczeniem testu Przybylskiego – Rokity (kto zacz, pytajcie babcie i dziadków), wymawiając na jednym wydechu: wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu.

Sprawozdawcy muszą ciągle dorzucać do pieca (inaczej widz zasypia i żona przejmuje kontrolę nad pilotem) i tu, jak znalazł, chłopięcy entuzjazm Probosza. Zdarza się wprawdzie RB zrzędzić na proboszową w-gorącej-wodzie-kąpaność, która nie pozwala mu na czas ugryźć się w język, co kończy się często w przysłowiowych malinach, ale na długich, płaskich etapach obecność w studio kogoś o takich walorach jest nieodzowna. Bo można, co prawda, wychodzić z założenia, że brak komentarza stanowi swoisty komentarz, lecz generalnie robota sprawozdawcy do mówienia się sprowadza, więc apelować do niego (jak pewien arogancki francuski polityk), by korzystał z okazji do siedzenia cicho, RB nie będzie. Przyjmijmy zatem, że 1 probosz [1 P] zostaje jednostką miary retoryki długodystansowej.

Widz lubi być zabawiany nie tylko kolorowymi obrazkami, więc poczucie humoru połączone z umiejętnością przytaczania anegdot i celnych powiedzonek jest w tym zawodzie cechą bezcenną. Żółtą koszulkę na tym poletku oddaje RB Tomaszowi Jarońskiemu, liderowi kolarskiej i turystycznej krotochwili, dociekliwemu poszukiwaczowi i eksperymentatorowi słowa mówionego.

Jaroński i Wyrzykowski – jak Paweł i Gaweł, wymawia się jednym tchem. Kompatybilni jak orzeł i reszka, powinni stanowić w Wikipedii ilustrację pojęcia „synergia”. Ale reguły oceny personalnej w czasach globalnego korporacjonizmu są nieubłagane. Dominacja jazdy drużynowej nad indywidualną skończyła się z upadkiem Muru Berlińskiego. A skoro na jednego z nich przyszło się zdecydować, to wybrał RB alfabetycznie. Z jednostką miary miał zagwozdkę, bo nazwisko ma redaktor Tomasz, za przeproszeniem, nienaukowe. W fizyce to mieli łatwiej – tych Dżuli, Watów, Niutonów, Herców i innych „dawców” jednostek na pęczki było. A dłuższe nazwisko z końcówką ski nie brzmi jednostkowo. Niech zatem będzie 1 tomasz [1 T].

Drugi (alfabetycznie) z nierozłącznych partnerów reprezentuje to, co jest kwintesencją medialnej osobowości. Ma własny styl, w którym pogodna pobłażliwość wobec ludzkich przypadłości ciekawie komponuje się z sarkazmem, a nawet uszczypliwością. Nie poddaje się przelotnym modom i koniunkturom, zawsze broniąc własnego zdania i własnego punktu widzenia. Można się z nim nie zgadzać, ale należy uszanować. A na jego cześć jednostką miary osobowości jest 1 rachciachciach [1 R].

Krzysztof Wyrzykowski… jak ten czas leci… I gdzież się podział ten młodzik, który schowany za szerokimi plecami motocyklisty nadawał meldunki z trasy Wyścigu Pokoju, trzesącym się (te polskie drogi) głosem meldował, że ucieczka ma dwie minuty i piętnaście sekund przewagi i jest dobrą ucieczką, bo mamy w niej po dwóch naszych, Czechów i Rosjan, ale tylko jednego Niemca. Wsadzili go na motor, bo kogóż innego. Przecież nie któregoś z szacownych Bohdanów, ikon ery tranzystorowych radyjek Koliber i czarno-białych odbiorników Neptun.

Teraz on sam ikoną i oddechem historii. Ale nie sypie się jeszcze (a gdyby nawet, to w telewizorze i tak nie widać) i wokalnie daje radę. I tu autor z całą stanowczością i konsekwencją (nie bójmy się słów) zaznacza, że w tej ocenie obiektywizmu żadnego nie będzie. Jak trzeba będzie to ucho przymknie, ćwierć probosza na górkę doda, a i marszałka dorzuci co nieco (jeśli zajdzie potrzeba). Bo RB jest jak Lannisterowie, którzy zawsze splacają długi. „Tytanów szos” przeczytał kiedyś „duszkiem” w jeden wieczór. Zinfekowany (modne słowo) został grandtourową pasją i do dziś się z niej nie wyleczył.
Już słyszy RB te oburzone głosy hipokrytów, że prywata wyłazi. Ano wyłazi. I co z tego? Taka to nowość? Czas był przywyknąć, przecie.

No i tyle wstępu do teorii sprawozdawczości kolarskiej szosowej ustnej (wymawiać na jednym wydechu). Arkusze ocen leżą przed RB przygotowane do wypełnienia. Do roboty, koledzy sprawozdawcy i nie narzekajcie więcej, bo mogliście trafić gorzej. Telewidz musi się męczyć za darmo.

Krzysztof Suchomski