Giro według Bossa

 

W 95-tym Giro d’Italia wystartowały 23 zespoły, w tym jednoosobowa ekipa pod nazwą „Cunego” – nota bene, jako jedna z nielicznych ukończyła wyścig w komplecie, za co należą jej się gratulacje. Wbrew pewnym insynuacjom wyścig był trudny i wyczerpujący. Nawet mistrzowie poprzedniej kolarskiej EPOki łapaliby ciężko oddech.


 

Giro 2012 przejdzie do historii jako klęska włoskiego cyclismo. Pora zastanowić się nad przyczynami. Pierwsza to ta, że brakuje ostatnio w Italii „cudownych dzieci dwóch pedałów” – jak to kiedyś barwnie określił zasłużony polski sprawozdawca. I może ma to związek z wprowadzeniem paszportów biologicznych, a może i nie ma. Do końca nie wiadomo. Ale gołym okiem widać, że dawno skończyły się czasy, gdy takie tuzy jak Gotti, Simoni, Basso czy Savoldelli rządzili niepodzielnie na swoim podwórku, a Bettini, Rebellin i Di Luca dzielili się wygranymi w monumentach.

Druga to złe decyzje personalne. Jeśli ma się mniej rumaków pełnej krwi, to tym bardziej starannie i przemyślanie trzeba dokonywać selekcji. A w dwóch największych włoskich stajniach postawiono na ogiery bez formy. Nie wiadomo, jak dokładnie wyglądałaby końcowa klasyfikacja, gdyby liderami mianowano Nibalego i Cunego, choć śmiem twierdzić, że lepiej (dla gospodarzy, rzecz jasna). Forma nie grypa, nie da się jej złapać w parę dni. I było dla mnie od początku jasne, że ci, co jej nie mieli przed Giro, nie są w stanie w tak wymagającym terenie nagle wyciągnąć królika z kapelusza.

Widząc kiepską formę miejscowych faworytów przewidywałem ich kłopoty (z kolei Cunego w kwietniu imponował formą i to też w trakcie Giro dało się zauważyć), do tego stopnia, że niczym heretyk wróżyłem możliwość podium bez gospodarza. Daleko mi wszakże do jasnowidza. Typowałem zwycięstwo Purito, a Hesjedala i de Gendta nie widziałem w czołowej 5-tce. Wierzyłem, że większą rolę odegrają rasowi górale, w rodzaju Gadreta, Urana, czy Pozzovivo. I tak by pewnie było, gdyby etapy do Pampeago i Stelvio rozegrano w drugim tygodniu. Lecz spiętrzenie trudności w ostatnich dniach wyścigu sprawiło, że umiejętności wspinaczkowe musiały być poparte żelazną kondycją i odpornością. I tak dochodzimy do przyczyny sensacji, jaką niewątpliwie jest wygrana Kanadyjczyka. To nic, że jechał z wdziękiem konia pociągowego, w kolarstwie punktów za styl się nie przyznaje. Nie był widowiskowy, za to skuteczny. A że bardziej jest to triumfator GT z półki Cobo i Nibalego, niż Contadora czy Evansa, to przecież nie jego wina. Raczej tych, co mu nie dali rady, czyli wszystkich pozostałych.

Pora zatem przelecieć reflektorem po arenie i pozbierać zwłoki z pola walki. Defiladę przegranych gladiatorów otwiera Joaquin Rodriguez. Nie przegrał wyścigu na czasówkach, które pojechał wyraźnie lepiej niż przed rokiem. Wbrew dominującej opinii nie uważam, by mógł też wiele więcej zrobić w piątek i sobotę. Wymagać od Purito ataków w stylu Pantaniego to nieporozumienie. Jest puncherem (krótkie treściwe zrywy) – prawda, częściowo przeprofilowanym na multietapowca – i nigdy nie będzie Contadorem. Trzeba też przyznać, że (w porównaniu z konkurentami) nie miał w górach wielkiego wsparcia. Nie zauważyłem, by partnerzy szczególnie narzucali mu się z pomocą. Więcej np. mógł oczekiwać po Moreno. Biorąc pod uwagę te ograniczenia, jechał znakomicie taktycznie, choć raczej nie przysporzyło mu to fanów w gronie kibiców ceniących szarże a la „Tańczący z bidonami” Landis. Wydaje mi się, że w drugiej fazie wyścigu – tam, gdzie mógł zarabiać dodatkowe sekundy – był zbyt skupiony utrzymywaniem przewagi nad Basso i Scarponim i nie brał poważnie możliwości ataku kogoś innego. Co się zemściło. Purito wraca jednakże na tarczy. Podobnie, jak Scarponi, który nie miał formy, ale nie zabrakło mu ducha walki. Gołota, mając jego charakter, byłby mistrzem świata aż do emerytury. Za to przy ekipie Lampre minus za selekcję i nowatorskie podejście do zagadnienia współpracy.


Gdybym miał być złośliwy stwierdziłbym, że Basso jest na plusie, bo zrewanżował się Cunego za zeszłoroczny Tour de France. Ale przecież nie jestem, więc przypomnę tylko, że przed wyścigiem pisałem na forum, że Basso ma co najmniej parę kilogramów za dużo. Mając naturalną wydolność organizmu „dawał radę” dopóki nie trzeba było przyspieszyć lub się ostro powspinać. Gdy tylko pochyłość malała, odrabiał i to uratowało go przed sromotną klęską. Miał jednak swoje pięć minut w tym Giro, choć nie jestem pewien, czy świadomość, że został zapamiętany głównie z medialnego pokazu techniki oddawania moczu na asfalt zmotywuje go do kontynuowania kariery.

Liquigas popełnił przed wyścigiem i w jego trakcie tak koszmarne błędy, że stał się pośmiewiskiem fanów i nie zdziwi mnie zbytnio informacja, że szefostwo włoskiej firmy rozważa zmianę nazwy. Sytuację kryzysową ewentualnie mogłoby zażegnać rytualne seppuku dyrektora sportowego.

Astana miała w tym roku zaszaleć. Ale trudno to zrobić, gdy ma się lepszych pomocników niż liderów. Więc za tych pierwszych mały plus, ale za drugich wielki minus. A w nadchodzącym oknie transferowym trzeba będzie głębiej sięgnąć do kieszeni, tawariszcz Vino.

RadioSchleck – napisano już tyle, że ograniczę się do staropolskiego przysłowia: nieszczęścia chodzą parami. BMC – kolejna w tym sezonie klapa Galaktycznego Teamu, której nie ratuje dziesięciominutowy show Phinney’a półgodzinny PinottiegoAndroni Giocattoli niewidoczne w górach iRujano wytrenowany jak Bob Sapp, waleczny jak Najman – wtopa na całego.

AG2R – wyraźny regres. Gdyby nie podjazd pod Stelvio zastanawiałbym się, czy Gadret jechał w wyścigu. Był niewidoczny w odróżnieniu od Duponta, którego kamery wyławiały, gdy odpadał z grupy – nie sądzę, by zechciał przechowywać te ujęcia na twardym dysku. Z kolei dla Rabobanku Giro jest w ostatnich sezonach poligonem. Tu zdobywali ostrogi Mollema i Kruiswijk. Slagterowi daleko do wymienionych, a za rok powinni z lepszym skutkiem przetestować Keldermana.

Na remis czy na minus? – zastanawiałem się przy nazwisku Pozzovivo. Aż etap czy tylko etap? Oczekiwania były większe. Potwierdził, że jest tylko specem od parodniówek, ale tu zachowałbym pewną ostrożność. Ostatecznie, mówimy o Włochu – facecie z kraju, w którym mężczyzna zamieszkuje „u mamusi” do 35 roku życia. Pozzo ma dopiero 30-tkę i dorosłe życie wciąż przed nim.

Kostnica nam się pomału zapełnia, dorzućmy jeszcze parę ciał: SavioMartinelliBruyneel. Nie podoba mi się zwyczaj łajania swoich podkomendnych przed kamerą. Kolarz powinien dowiedzieć się co myśli o nim jego szef w autobusie, a nie z Twittera czy wieczornych wiadomości.


 

Pora na tych, którzy schodzą z wybiegu z oklaskami. Zwycięzcami są kolarze Garmin. O Hesjedalu już było, a jego ekipa wspierała go dzielnie i efektownie wygrała drużynową jazdę na czas. Sukcesy przerosły ich własne oczekiwania, pytanie: co teraz z tym poczną? jest równie aktualne jak: co się, do licha, dzieje z Farrarem?

Biała koszulka (wygraliby i czerwoną, gdyby nie faul Ferrariego), dwaj zdolni kolarze (Uran, Henao) w top 10 i zjednujące mu sympatię i szacunek, zmagania Cavendishaz Dolomitami (nie licząc drobnostek w rodzaju wygranych etapów) to niewątpliwe aktywa Sky Teamu w tegorocznym Giro. Zastanawiałem się tylko dlaczego nieszczególnie im szło z „pociągami”. Wymyśliłem, że winne są Igrzyska, bo przecież kangur Sutton w Londynie Manxa nie rozprowadzi. Stąd brytyjski team ćwiczył na Giro wariant z Thomasem, któremu pod względem szybkości i sprytu daleko do Suttona, że o Renshawie nie wspomnę (o takim rozprowadzeniu jak na Polach Elizejskich 2009 zapomnijcie).

Zespół Farnese Vini udowodnił, że słusznie zajął miejsce „zasłużonych” Wodnomydlanych. No, ale jak ma się w składzie Rambo, to nawet koszulkę najlepszego górala można wywalczyć. A Guardini pokazał światu, że jednak można pokonać Cavendisha, nie przewracając go.

Colnago nie są chyba do końca usatysfakcjonowani występem lidera, za to postawa Pirazziego i Brambilli zapewne napawa ich dumą. I słusznie. Ten pierwszy byłby łakomym kąskiem dla każdego szukającego rozgłosu sponsora, zaś drugi w stosunku do stanu sprzed roku awansował o dobre 80 miejsc.

KolarzeMovistar przyjechali bez buńczucznych zapowiedzi, po prostu się pokazać i było ich widać. Wygrali etap, a Amador czy Intxausti wyszli z cienia i zostaną zapamiętani.

Dla Euskaltelu Nieve była to właściwie wierna kopia zeszłorocznego występu. W sumie to samo mogliby o sobie powiedzieć Omega i Cataldo. W odróżnieniu od mało efektownego Włocha, Bask był jednak dużo bardziej widoczny. Będzie mu jednak trudno przeskoczyć na wyższą półkę. W obu przypadkach miejsce w 10-tce zawdzięcza w dużej mierze obsuwie rywali (dyskwalifikacja Contadora, tąpnięcie Kreuzigera).

De Gent stał się niespodziewanie drugą, obok Hesjedala królową balu. Do soboty wydawało się, że w jego koszulce jedzie kto inny. Przestał zachwycać spektakularnymi ucieczkami i zdawał się kierować rosyjską maksymą tiszie jediesz – dalszie budiesz. Za to w sobotę sprawił, że faworyci dostali ze strachu rozwolnienia i spiesząc się do toalety zredukowali straty na tyle, że Belg ostatecznie wygrał tylko etap, a nie cały wyścig. Na wszelki wypadek poczekajmy może te dwa tygodnie, by się ostatecznie przekonać czy to rzeczywiście Ostatni Mohikanin czy jednak Hardkorowy Koksu.


 

Z wielkim zadęciem rozpoczynaliśmy ten wyścig. Z ziemi polskiej do włoskiej, biało-czerwona mafia, forma jak nigdy, jedziemy wygrać etap, myślę o generalce – wszyscy (kolarze, kibice, dziennikarze) wsiedliśmy na rozpędzającą się karuzelę oczekiwań. Biję się w piersi, sam nie jestem bez winy, choć starałem się grzeszyć z umiarem, co łatwo sprawdzić. Też momentami dałem się porwać uniesieniu, na szczęście nie aż tak jak złotousty sprawozdawca przypominający pewnego harcerza, który wychodząc na pierwszą randkę doznał orgazmu już w windzie.

Jako, że Giro kojarzone jest przede wszystkim ze ściganiem się po górach, nasze nadzieje lokowaliśmy bardziej w tych, co tę umiejętność posiedli w większym stopniu. Tymczasem wyścig ułożył się tak, że najwięcej satysfakcji przysporzyli nam ci, którzy mieli służyć za „parawany”. Zdobycie, choć na parę dni, koszulki najlepszego górala przez Gołasia, świetna postawa w czasówkach Bodnara i debiutującego w takiej imprezie Kwiatkowskiego – to trójka, która w moich oczach wypadła ponad oczekiwania (zaznaczam wyraźnie, że piszę dziś o moich oczekiwaniach w stosunku do Polaków, a nie o oczekiwaniach ich dyrektorów sportowych czy liderów, z których de facto nasi kolarze są rozliczani). Z powodu upadku nie mógł ich spełnić Marczyński – wielka szkoda, bo lubi uciekać, a że jeździ w najbardziej kozackiej ekipie ostatnich lat, miałby pole do popisu.

Huzarski narobił nam apetytu zapowiedzią walki o miejsce w czołowej 20-tce klasyfikacji generalnej. Może dlatego jego efektowny finisz w Asyżu ucieszył mnie wprawdzie bardzo, ale nie rozgrzesza go „za całokształt dokonań” w 95-tej edycji Giro. I ucieszę się, jeśli ten utalentowany zawodnik postawi wreszcie kiedyś kropkę nad i. Bo tak się składa, że zawsze kiedy sukces jest o krok (choćby Bartali, czy zeszłoroczna Turcja) słyszymy, że pech, zmęczenie, bolał brzuch, noga nie podawała. A kiedy zbyt często to słyszę, przychodzi mi na myśl sąsiad, który mawia: Ty wiesz, jakiego pięknego miałbym dziś syna, gdyby mi wtedy numer w spodnie nie poszedł?

Szmyd i Niemiec, nasi eksportowi górale, nie zdołali nawet na moment wyrwać się z kieratu żołnierskich powinności wobec liderów. Czy było to w ogóle możliwe? Tiralongo udowodnił, że tak. Będąc w podobnej sytuacji gregario di lusso walnął pięścią w stół i wywalczył sobie większą autonomię. Sylwek prezentował w marcu i kwietniu życiową formę, mimo to nie dostał szansy.W tym teamie nie ma już czego szukać, jeśli nadal poważnie myśli o wygraniu etapu w Giro (bo o walce o top10 w GC raczej trzeba zapomnieć). A pomyśleć, że wcale nie tak dawno transfer proponował mu Valverde.

Gdybym musiał do oceny występu naszych kolarzy użyć tylko jednego słowa, jednak napisałbym: niedosyt. Mimo, że obiektywnie biorąc, jeżeli spojrzeć na kilka ostatnich lat, nasi dokonali niezaprzeczalnych postępów. Ale ja czekam od 1993 roku na prawdziwy sukces. Wielu młodych, polskich sympatyków kolarstwa nie zna jeszcze tego uczucia. Nie wie, jak to jest, kiedy ktoś taki jak David Duffield, król sportowych sprawozdawców, krzyczy: JASKULA ATTACKS!!! THAT’S INCREDIBLE! OH, LOOK AT THAT!!! JASKULA! WHAT A TREMENDOUS POLISH RIDER!

Mimo, że minęło prawie 20 lat, do dziś czuję ciarki na plecach, wspominając tę chwilę. I przy całym szacunku dla obecnego pokolenia naszych zawodowców, od osiągnięć i klasy Zenka Jaskuły dzielą ich jeszcze lata świetlne. Życzę im, by i o nich najznakomitsi spece kolarstwa mogli wyrażać się z takim zachwytem, jak wielki DD o zdobywcy III miejsca w Tour de France.

Krzysztof Suchomski