100. Tour de France Resume (3): Niebo cokolwiek zachmurzone

 

Uspokajam, powyższe nie jest wstępem do prognozy pogody, a ja nie mam najmniejszego zamiaru robić konkurencji Jarkowi Kretowi. Skoro jednak ubiegłoroczne podsumowanie opatrzyłem tytułem Le Tour w kolorze sky blue, czuję się w obowiązku donieść, że tegoroczny wyścig w tak sielankowy nastrój Brytyjczyków już nie wprawił. Owszem, wygrali ponownie, a jak twierdzą znawcy, ten drugi raz jest zawsze trudniejszy, ale też i cena zwycięstwa była bardziej odczuwalna.

Pozornie wszystko szło dobrą drogą. Sprawdzona ekipa, sprawdzony system przygotowań, te same sukcesy w tych samych etapówkach. Tak gładko, jak przed rokiem, jednak nie poszło. Bo i nie mogło – nie ta trasa i nie ci rywale. I co bardzo istotne – nie ta atmosfera. Przedolimpijska euforia już nie niosła Sky Teamu na skrzydłach. Klątwa Armstronga i ciągnący się za kolarstwem dopingowy fetor sprawiły, że opinia publiczna „najeżyła się” i nakręcana dodatkowo informacjami o kolejnych śledztwach, z dużą dozą sceptycyzmu przygląda się teraz wszelkim kolarskim osiągnięciom.

Z drugiej strony ekipa facetów w czerni nie przytłaczała swą dominacją peletonu. Nie stanowiła tak zwartego monolitu, choć na papierze musiało to wyglądać nie gorzej. Kiryienka, Lopez, Thomas, Kennaugh, Stannard zamiast Kneesa, Rogersa, Eisela, Cavendisha – to powinno działać nawet lepiej. Coś poszło nie tak. Zmęczenie materiału?

Oprócz będącego w jeszcze lepszej dyspozycji niż przed rokiem Chrisa Froome’a, tylko Richie Porte prezentował prawdziwie niebiańską formę. Był nieocenionym wsparciem dla lidera, rzecz w tym, że najczęściej jedynym.

Pech Alejandro Valverde, sprowokowany jednak dużą niefrasobliwością, paradoksalnie pomógł drużynie Eusebio Unzue rozegrać najlepszy od połowy lat 90. Tour. Uwolnione z obowiązku asystowania liderowi moce Movistaru zostały po prostu efektywniej wykorzystane. Podium i wygrany etap Nairo Quintany, ósme miejsce Valverde i dwa efektowne etapowe zwycięstwa Rui Costy – to stawia ich prawie w jednym szeregu z Brytyjczykami.

 

quintana
 

Sukces Quintany, to kolejne w tym roku potwierdzenie kolumbijskiej ofensywy. 23-latek już ma papiery na wygrywanie wielkich tourów, a przecież jego talent dopiero się rozwija. Portugalczyk Costa na feralnym 13. etapie stracił szanse na dobrą lokatę w wyścigu, ale dzięki temu umocnił opinię specjalisty od samotnego rozgrywania końcówek w górzystym terenie. Valverde, natomiast, zaimponował uporczywą i zakończoną powodzeniem walką o powrót do pierwszej dziesiątki.

Trzecią wygraną ekipą jest w tym roku Argos – Shimano. Ten sam Marcel Kittel, który tak fatalnie wypadł przed rokiem, wygrał cztery etapy. Zwyciężając w prestiżowym paryskim finiszu trzech tenorów, zrzucił na jeden rok (a kto wie, czy nie na dłużej) z tronu króla sprintu Marka Cavendisha. Potężnie zbudowany Niemiec, gdy się rozpędzi, jest prawie nie do pokonania, lecz olbrzymia w tym zasługa znakomicie zorganizowanego i zgranego niczym mistrzowska sztafeta lekkoatletyczna „pociągu” holenderskiej ekipy. Inna sprinterska gwiazda, John Degenkolb, tym razem nie błyszczała jasno, przyćmiona blaskiem rodaka. Godnym zauważenia jest udany debiut młodego Toma Dumoulin, który zameldował się w dziesiątce pierwszej czasówki i kilka razy widoczny był w końcówkach etapów.

Rosyjskiej Katiuszy uratował (który już raz?) wyścig skuteczny finisz Hiszpana Joaquina Rodrigueza. Purito długo się czaił, aż wreszcie w trzecim tygodniu przystąpił do szturmu na podium. Rewelacyjnie, jak na niego, pojechał w górskim etapie TT, a na alpejskich etapach imponował atakami, bynajmniej nie z ostatniego kilometra, jak to miewał wcześniej w zwyczaju. Jego rodak Daniel Moreno za wiele mu nie pomógł, gregario z niego nieszczególny (przyzwyczaił nas, że jeździ przede wszystkim dla siebie). Tym razem mniej niż zwykle dbał o swoje interesy (tylko 17. miejsce), czyżby oszczędzał siły na Vueltę? Norweg Alexander Kristoff przekonał się, że mass sprinty na Tour de France to zupełnie inna liga. A Rosjanie? Z roku na rok mniej widoczni.

Na piątym miejscu parady zwycięzców stawiam drużynę Orica – GreenEdge, która wykorzystała 100% możliwości w pierwszej połowie wyścigu. Simon Gerrans i Daryl Impey włożyli żółte trykoty, a przy tej ostatniej okazji o australijskim teamie było naprawdę głośno. Najczęściej pokazywanym kolarzem Oriki byli jednak nie oni, a Sven Tuft, z tym, że w przeciwieństwie do kolegów kamera „brała go od tyłu”.

Za wymienioną piątką plasuję zespoły, które mogą się czuć umiarkowanie zadowolone, aczkolwiek nie do końca. Ich listę otwiera Belkin. Podsumowując Giro przywołałem przy ich okazji powiedzenie, że prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym, jak kończą. Klątwa jakaś, czy może prztyczek losu za niezbyt sportowe zachowanie na wietrznym etapie do Saint-Amand-Montrond? Już mieli Bauke Mollemę na podium, Laurensa Ten Dama w piątce i znaczący sukces wymknął im się z rąk. Ostatecznie 6. miejsce Mollemy nie jest złe (chyba w sam raz, jak na jego możliwości), ale ślinka im ciekła na coś więcej. Muszą się zadowolić tym, co mają i dowiezieniem do mety w całości Roberta Gesinka.

 

belkin
 

Cannondale wracają do domu z zieloną koszulką Petera Sagana, czyli plan minimum wykonany. Tylko jeden wygrany etap, to jednak dla Słowaka spore rozczarowanie. Plusik możemy postawić przy nazwisku Alessandro De Marchi, a o dostrzegalnie efektywnej pracy Maćka Bodnara wspominałem wcześniej.

Inna „polska” ekipa, Omega Pharma, z pewnością liczyła na więcej. Mają jednak sobie coś niecoś do zarzucenia w kwestii rozprowadzania Cavendisha. Dwa wygrane etapy to relatywnie mało, a Manxmana zabolała zwłaszcza porażka pod Łukiem Triumfalnym – miał tak wielki apetyt na pokazanie la manity. W przyszłym sezonie Mark zapewne powita z otwartymi ramionami Renshawa, a może i Eisela. Swoje zrobił Tony Martin, a wraz z Peterem Velitsem najaktywniej wspierał też Michała Kwiatkowskiego. Swój grosik do skarbonki niespodziewanie dorzucił też Matteo Trentin.

Druga z belgijskich drużyn, Lotto Belisol imponowała równie dobrym jak Argos pociągiem i gdyby André Greipel się nie zagapił, przegrałby ze swoim rodakiem Kittelem tylko 2 do 3, a tak było zdecydowane 1:4. Nie pierwszy raz nie ukończył zawodów Jurgen Van den Broeck i szefowie teamu chyba powoli przywykają do świadomości, że świata z takim liderem nie podbiją.

Jeden wygrany etap i jazdę w maillot jaune mogą dzięki Janowi Bakelantsowi zapisać po stronie aktywów szefowie Domu Pogodnej Starości Radioshack. Odnotujmy też, że Andy Schleck ukończył wyścig, i to na 20. pozycji, ustępując jednak kolegom z zespołu: mniej widocznemu Maxime Monfortowi (14) i wspomnianemu Bakelantsowi (18).

Dwie drużyny są rozliczone z powodu umieszczenia swego lidera w top 10 klasyfikacji generalnej. Mowa o Astanie i Cofidisie. Duńczyk Jakob Fuglsang wyróżnił się raz, na 9 etapie, a później skutecznie trzymał się czołówki, niewiele mając wsparcia w przetrzebionym zespole. Z kolei David Navarro to przykład, że reprezentując słabszy (lekceważony nawet) team, łatwiej dostać dyspensę możnych i urwać się w skuteczny odjazd. Hiszpan zrobił co do niego należało, w przeciwieństwie do Reina Taaramae, który kolejny raz zawiódł.

Trudniej mi w taki sposób rozliczyć z wyścigu ekipę Garmin. Miała być jazda na trzy fortepiany, ataki non – stop, a sytuację musiał ratować rzutem na taśmę Andrew Talansky, kolarz dobry, solidny, wciąż się rozwijający, lecz pozbawiony błysku choćby Dana Martina, który mimo wygranego etapu w Pirenejach, jednak mnie zawiódł, bo podpuszczony przez jego sławnego wujaszka wychwalającego formę siostrzeńca pod niebiosa, liczyłem na coś więcej. Ryder Hesjedal i jego tegoroczna postawa, to temat sam w sobie. Szpanowanie okularami California über alles byłoby fajne jako dodatek do dobrego występu, a nie zamiast. Jak tak dalej pójdzie, możemy się zastanawiać, czy Giro 2012 nie było jednak wyskokiem ponad stan.

Jeszcze większe oczekiwania towarzyszyły startowi Saxo Tinkoff, zresztą być inaczej nie może, skoro ma się w szeregach Alberto Contadora, któremu na domiar w tym roku zapewniono support staff, jak nigdy wcześniej. Zespół okazał się mocniejszy od lidera. Wspierając go, niejako przy okazji wywalczył zwycięstwo w (dużo mniej prestiżowej, ale lepszy rydz niż nic) klasyfikacji drużynowej. To jednak nie Wyścig Pokoju i nikt ich z tego powodu na rękach nosił nie będzie. Byli już w lepszej sytuacji niż Belkin. Zajmowali dwa miejsca podium i pozwolili się z niego zepchnąć. W kontekście rozbudzonych oczekiwań, muszą trafić do worka z etykietką „porażka”.

Na kolarskich forach trwa dyskusja, czy to już koniec legendy Contadora. Może za wcześnie, by to przesądzać. Alberto za rok będzie miał 32 lata – w kolarstwie to jeszcze nie starość, co najwyżej wiek średni, ale pewnie nie o wiek tu chodzi, a o fakt, że na szczycie był Pistollero przez szereg lat i troszkę nam „się zużył”. Opinie o jego „końcu” zapewne biorą się stąd, że Alberto doznał upokarzającej porażki nie w czasówkach, nie na wiatrach czy pagórkach, lecz właśnie w wysokich górach, przez tyle lat będących jego domeną.

Inny wątek saxotinkoffowych dywagacji dotyczy Romana Kreuzigera i żywo przypomina zeszłoroczne dyskusje „w temacie” Wiggins czy Froome. Uważam, że Czech (którego wcześniej w tak wysokiej formie nie oglądałem) i tak nie obroniłby miejsca w pierwszej trójce.

 

kreuziger
 

Słowa „porażka” czy „klęska” najbardziej przylgnęły w setnej edycji Tour de France do jego gospodarzy. Poza Cofidisem, na który specjalnie nie liczono, a którego liderem był Hiszpan, pozostałe francuskie zespoły wypadły źle, bardzo źle lub fatalnie. Może gdyby wyścig ukończył Jean Christophe Peraud kibice AG2R byliby w lepszych nastrojach. Pozostaje im pocieszać się etapowym sukcesem Christophe Riblona w Alpe d’Huez i 15. miejscem zdolnego ponoć (który to już?) Romaina Bardeta. Ekipie Europcar zostaje dół od piżamy w grochy dla Pierre Rollanda i kolekcja min Thomy Voecklera, który z roli zabawnego showmana (to taki co wygrywa) spadł do roli żałosnego klowna (to taki, którego wszyscy popychają). Ciemnozielone koszulki było jednak widać (często z tyłu, ale zawsze), a w jakich jechała drużyna Sojasun musiałbym sprawdzić. Wierzę na słowo organizatorom, że taki zespół w wyścigu brał udział.

Team FDJ, który w zeszłym roku przysporzył Francji tyle radości, teraz pojechał tragicznie. Marc Madiot tym razem nie wystawiał nawet nosa z samochodu, bo i po co. Ciekawe co z tym niedoszłym następcą Fignona, Thibautem Pinot? W bajeczki o tym, że ma lęk wysokości i boi się zjeżdżać nie uwierzyłem ani przez moment.

Kolarze Euskaltel próbowali się pokazać i ambicji trudno im odmówić, ale nie sposób nie zauważyć, że prezentują obecnie niski, jak na nich, poziom. Mikel Nieve wciąż jeździ w kratkę, dobre etapy przeplatając słabymi, jakby brakło mu kondycji na trzy tygodnie ścigania. Taka forma powoduje, że kolejny raz skończył tuż za pierwszą dziesiątką. Jego starszy kolega, Igor Anton, już dawno przestał być baskijską nadzieją na wygrany Grand Tour. Jeszcze słabiej od Basków wypadły zespoły Lampre (co dziwi mniej) i Vacansoleil (co dziwi bardziej, bo mieli tu walczyć jeśli nie o nowego sponsora, to przynajmniej o kontrakty na nowy sezon).

Listę przegranych jubileuszowego wydania Wielkiej Pętli zamyka BMC. W tym przypadku trudno nawet mówić tak po prostu o przegranej, to był ciężki nokaut. Miarą ich występu niech będzie fakt, że liderzy Cadel Evans i Tejay Van Garderen stoczyli swój heroiczny bój „o przywództwo w stadzie” na przełomie czwartej i piątej dziesiątki klasyfikacji generalnej, mając łącznie ponad 3 godziny straty do zwycięzcy. Mistrz świata Philippe Gilbert, który w tęczowej koszulce nie odniósł jeszcze zwycięstwa, był bezradny na etapach, które nie tak dawno wygrywał bezkonkurencyjnie. O tym, że ten zespół miał być kiedyś kolarskim Realem Madryt wszyscy zdążyli już zapomnieć, lecz jeśli ten fatalny start nie wstrząśnie ekipą, to jej przyszłość widzę w czarnych barwach.

Staruszek Le Tour odfajkował w pięknym stylu pierwszą setkę. Nasuwa się nieuchronne pytanie: co dalej? Czy szanowna ASO pójdzie jeszcze dalej drogą „trudna trasa – atrakcyjny wyścig”? Czy może znany powszechnie „patriotyzm”, w reakcji na brak francuskich sukcesów, spowoduje ponowne ciążenie w kierunku ułatwiania trasy (i naturalment nie ma wtedy mowy o powrocie bonifikat, niestety)?

Trzeba mieć świadomość, że mnożenie przed kolarzami trudności niejednego skłoni do sięgnięcia po to i owo. To uderzyłoby rykoszetem w walkę z dopingiem, czego byśmy przecież nie chcieli. Bo walka z dopingiem w ostatnich latach daje jednak rezultaty. A przynajmniej, tak słyszałem.

Krzysztof Suchomski