100. Tour de France Resumé (1): Vive Le Tour!

 

Jubileuszowe fajerwerki nie zdołały przesłonić faktu, że w wielkiej machinie organizacyjnej pod szyldem Tour de France (nawet jeśli setna i ma szczególne prawo do świętowania) najważniejszy jest jednak wyścig. Na szczęście dla kolarstwa, na które spadło ostatnimi czasy sporo ciężkich ciosów, wyścig obronił się sam. Kolarze zaserwowali nam w tym roku solidną porcję stuprocentowych emocji. Czytelników tabloidów, a takim też wolno teraz oglądać kolarskie zmagania, interesowała głównie kwestia higieny osobistej zawodników – ciągle dopytywali się, czy ten lub ów cyklista na pewno jest czysty. Wierzę jednak, że uchowała się (mimo wszechogłupiającej globalizacji) niemała grupa pasjonatów, godnych następców czarno-białych postaci oglądanych w albumach lub na starych filmowych taśmach. Ja, w każdym razie, bawiłem się setnie.

Organizatorzy z szacownej Amaury Sport Organisation zadali sobie więcej niż zwykle trudu, by trasę Dostojnego Jubilata uatrakcyjnić. Nie ma pomyłki, piszę o tych samych organizatorach, którym tak często obrywało się w moich felietonach lub podsumowaniach. Piszę (pomijając wyjątki) pozytywnie, nie będąc na ich liście płac, więc pewnie na to zasłużyli.

podium
  Skala trudności tegorocznej marszruty nareszcie stanowiła wyzwanie dla kolarzy, od czego odwykaliśmy przez szereg ostatnich lat, a co powinno być jednak obowiązkiem wyścigu, który od zawsze miał ambicję wyłaniania najlepszego z najlepszych. Mieliśmy mniej niż zwykle tak zwanych etapów transferowych, których tradycyjnie głównymi celami było dowiezienie kolarzy w inne miejsce i przejazd kolumny reklamowej. Etapy górskie, zwłaszcza alpejskie, z ostatniego tygodnia, przypominały te znane z legend i wspomnień wielkich mistrzów.

Kolejnym dobrym ruchem było zaadoptowanie sprawdzonego pomysłu konkurencji z dwiema czasówkami, nizinną i górską. Mniej udanym posunięciem była rezygnacja z prologu, na dobrą sprawę nie wiadomo jakimi względami spowodowana (nie czytałem ani jednego rozsądnego zdania, które uzasadniałoby tę decyzję). Zatem, pomijając drobne potknięcia, arena dla kolarskich gladiatorów prezentowała się okazale. Regulamin nieco gorzej, gdyż z uporem godnym lepszej sprawy nadal przewidywał brak bonifikat za zwycięstwa etapowe. Niestety, darwinowska teoria ewolucji dziwnym trafem nie ma w tym przypadku zastosowania. Natura, sama z siebie, nie eliminuje rozwiązań regulaminowych, które się nie sprawdzają.

Za to pogodę dała nam ładną. Żadnych takich żywiołów, jak wiosną – widać limity niepogody się wyczerpały i niczego odwoływać ani skracać nie trzeba było. Grzechem byłoby takich szans nie wykorzystać i nie stworzyć widowiska godnego jubileuszu. Kolarze dostroili się do klimatu wydarzenia i z opisanych wyżej warunków zrobili właściwy użytek.

Patrząc z perspektywy 28 obejrzanych Wielkich Pętli, tegoroczną zdecydowanie zaliczam do wyróżniających. Momentami przypominała mi niezapomniane edycje drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Fantastyczna, obfitująca w wydarzenia i zwroty akcji walka w Pirenejach, wietrzna epopeja na etapie do Saint-Amand-Montrond, Góra Zabójca namaszczająca przyszłego triumfatora, niesamowicie trzymająca w napięciu czasówka do Chorges, kończący wyścig alpejski tryptyk z epicką batalią na Alpe d’Huez i wspaniałą walką o podium na finałowym podjeździe pod Semnoz, pojedynek trzech tenorów na Polach Elizejskich – czegóż chcieć więcej?

3 tenorów
  Dostaliśmy kwintesencję kolarstwa z wszystkimi atrybutami: krew, pot i łzy, upadki i wyniesienia, omdlenia i eksplozje radości, dramaty i anegdotyczne pomyłki, emocje i jeszcze raz emocje, które trwały do samego końca wyścigu. Bo choć wielu uznało, że już Pireneje wytypowały późniejszego zwycięzcę, to jednak poza nim nikt w pierwszej 20-tce nie utrzymał zdobytej tam pozycji. Czasówka i Alpy przetasowały klasyfikację, a walka trwała do ostatniego metra. To kolarstwo wygrało tę setną edycję La Grande Boucle, wbrew „klątwie Armstronga”, wbrew próbom wywołania histerii i atmosfery polowania na czarownice.

Stworzono warunki, by zgodnie z piękną i szczytną tradycją, zwycięzcą mógł zostać kolarz wszechstronny, sprawdzający się w różnorodnych „okolicznościach przyrody”. I taki właśnie konkurent po zwycięstwo sięgnął, pokonując doborową stawkę rywali (z prawdziwie „topowych” nazwisk zabrakło tylko Nibalego i Wigginsa). Nie wszystkim się to podobało. Chris Froome budził gorące kontrowersje, choć paradoksalnie był liderem na jakiego czekano: odważnie atakujący, nie kunktatorski, nie chowający się za plecami kolegów, a podejmujący ryzyko. Znakomity góral, świetny czasowiec, do tego uprzejmy, zawsze uśmiechnięty, pierwszy mówi dzień dobry paniom i nawet po francusku potrafi. Idealny kandydat na męża. I na zwycięzcę Tour de France również.

Tak by się przynajmniej zdawało. Bo gdy się bliżej przyjrzeć, to i trochę wad się znajdzie (ale mężczyzna bez wad jest jak łosoś bez cytryny). Lider Sky jest lepszym solistą niż wodzem, nie zawsze panuje nad sytuacją, zdarza mu się podejmować błędne lub pochopne decyzje. Można mieć czasem wrażenie, jakby głowa nie zawsze nadążała za nogami. Może dlatego, że te ostatnie kręcą tak diabelnie szybko tego młynka?

Froome wygrał wyścig z przewagą ponad 5 minut, co sugerowałoby wyraźną dominację, lecz trzeba przyznać, że w górach trafił na godnego rywala w osobie rewelacji tego sezonu, Nairo Quintany. 23-latek miał być bronią, która pomoże osadzić na podium lidera Movistar Alejandro Valverde, lecz losy wyścigu ułożyły się tak, że po wietrznym 13 etapie sam został liderem drużyny. Mnie szczególnie ucieszyło, że koszulka w grochy (spodenki Rolland może sobie zatrzymać) przypadła nareszcie komuś, kto rzeczywiście zasługiwał na tytuł King of Mountains. Oprócz drugiego miejsca i polka dot shirt Kolumbijczyk zdobył także białą koszulkę najlepszego młodzieżowca, o którą przez długi czas walczył również nasz Michał Kwiatkowski.

froome quintana
  Obu zajmujących najwyższe stopnie podium rywali coś łączy. Wychowywali się w warunkach trudniejszych niż ich europejscy rówieśnicy. I może dlatego teraz sprali im skórę? Przeciwności losu kształtują charakter, a kolarstwo to sport dla ludzi twardych. Zwłaszcza o Quintanie rośnie „łapiąca za serce” legenda wiejskiego chłopca, Indianina, co miał w życiu pod górę. I dosłownie i w przenośni. Ile w tym prawdy, ile kreacji, człowiek już nie dojdzie. To signum temporis świata globalnie sterowanego i przesterowanego przez scenarzystów i speców od wizerunku.

A propos wizerunku, Le Tour, kończąc pierwszą setkę, całą gębą wszedł w erę multikulti. Afrykaner ubrał żółtą koszulkę w pierwszym tygodniu, bohaterami okazali się „Biały Masaj” i Indianin z Andów, a w peletonie dzielnie (jak na francuskiego kolarza przystało) pedałował czarnoskóry dżentelmen, Kevin Reza. Kamera nawet jakoś niespecjalnie go śledziła, widać uznano, że poprawność polityczna nie dopuszcza takiego „pokazywania palcem”. W tej kolorowej atmosferze facet z zieloną brodą autentycznie nikogo już nie mógł poruszyć. I tylko patrzeć, jak w roli motocyklisty lub mechanika ujrzymy pierwszą kobietę.

Zanim to jednak nastąpi, uzupełnijmy listę triumfatorów. Joaquin Rodriguez brawurową jazdą na czas i skutecznymi atakami w Alpach zepchnął z podium faworyta, Alberto Contadora, dla którego 4. miejsce oznacza dotkliwą porażkę. Marnym pocieszeniem dla El Pistollero jest drużynowe zwycięstwo Saxo Tinkoff. Zieloną koszulkę wywalczył Peter Sagan, lecz opuszcza Paryż znacznie mniej zadowolony niż przed rokiem. Tylko jeden wygrany etap, to stanowczo mało, jak na jego wybujałe ambicje. Wreszcie, tytuł najwaleczniejszego uczestnika wyścigu otrzymał zwycięzca z Alpe d’Huez Christophe Riblon. Czerwony numerek dostał się kolarzowi rzeczywiście walecznemu, ale w tej sytuacji, traktowany w kategoriach nagrody pocieszenia, został siłą rzeczy pewnym symbolem klęski gospodarzy wyścigu. Zawiedli zarówno rutyniarze, jak i młode, być może za szybko okrzyknięte rewelacjami, talenty.

My, Polacy, mieliśmy więcej powodów do zadowolenia, ale o tym już w drugiej części podsumowania.

Krzysztof Suchomski