Vuelta a España 2014 (2): Nasi tu byli

 

Tytułowym cytatem z niezapomnianej Seksmisji nawiązuję do udziału w wyścigu polskiej trójki: Przemysława Niemca, Karola Domagalskiego i Macieja Bodnara. Najwięcej radości przyniósł nam oczywiście sukces etapowy pierwszego z wymienionych Polaków, choć i pozostali nie mają powodów, by wstydzić się swego występu.

Vuelta wzięta! Padł ostatni grand-tourowy bastion opierający się dotąd polskiej husarii. 15 etap do stanowiących vueltową legendę Jezior Covadonga przejdzie do historii polskiego kolarstwa nie tylko jako wspaniałe zwycięstwo, ale także jako podręcznikowy przykład kolarskiej taktyki. Kolarz Lampre – Merida, mając za sobą kwiat światowego peletonu, rozegrał ten etap jak profesor. Cały czas wydawało się, że przy takiej przewadze, możni tego wyścigu muszą w końcu Polaka na tym trudnym podjeździe połknąć. Ale polski góral, wychowanek Sokoła Kęty, przechytrzył największych kolarskich pokerzystów. Pozwolił im podjechać na tyle blisko, aby czuli, że już witają się z gąską, lecz zostawił sobie akurat tyle sił, by starczyło na odparcie ich ataku. Hiszpańscy mistrzowie roweru kręcili z niedowierzaniem głowami.

Ogromnie się cieszę, że to właśnie Przemek Niemiec, kolarz bardzo skromny, nie mający w sobie nic z gwiazdy czy celebryty, odniósł ten sukces, przypominając światu, w tym i polskiej opinii publicznej, że nasze kolarstwo to nie tylko Majka i Kwiatkowski.

niemiec vuelta 15 etap

Krótko jeszcze o kilku zagranicznych bohaterach imprezy. W klasyfikacji generalnej po „wielkiej piątce” zrobiła się „wielka dziura”. Po drugiej stronie owej dziury znalazło się parę osób, o których wypada jednak wspomnieć, choćby po to, by pominięci „niesprawiedliwie” kolarze nie poczuli się zdołowani i nie wpadli w nerwicę. Samuel Sanchez, jadąc „Zubeldię”, wylądował na 6. miejscu. Wystarczyło nie odstawać za daleko za czołówką i cierpliwie poczekać, aż młodzi i „wyrywni” zapaleńcy po kolei zgasną. Nie jest to ten Samu, który zachwycał szalonymi szarżami na zjazdach, ale ta nowa taktyka może zapewnić mu jeszcze parę sezonów ścigania w elicie.

Za nim uplasował się Daniel Martin, któremu nareszcie udało się przejechać GT bez spektakularnego kolapsu. Irlandczyk potwierdził tym samym, że jego grand-tourowe ambicje nie są, jak już sądzili niektórzy, pozbawione podstaw. A Dan jest wciąż przecież facetem przed trzydziestką. Długo jeszcze będzie mógł tak o sobie mówić 8. w klasyfikacji Warren Barguil. 23-letni Francuz dobił do czołówki „nowej fali” wyciskającej coraz wyraźniejsze piętno na kolarskich wydarzeniach i potwierdził, że sukces w Tour l’Avenir to solidna rekomendacja do kariery. Nie udało się to Kolumbijczykowi Chavezowi, który ładnie zaczął, ale dość prędko zgasł, za to prawie zapomniany Romain Sicard, jadąc zubeldiową modą, zdołał ukończyć wyścig 13., notując chyba najwartościowszy wynik w dorosłej karierze. Dziesiątkę zamykają Damiano Caruso i Daniel Navarro, co nie jest zaskoczeniem, ale z drugiej strony wyznacza też jakiś pułap ich możliwości.

Przeglądając tabelę znajdziemy w niej całą masę zacnych góralskich nazwisk, często na dalszych miejscach – widać nie wszyscy mogli (albo chcieli) nadwyrężać zdrowie w walce o czołowe lokaty „generalki”. Wyróżnić chciałbym Rydera Hesjedala. Po pierwsze, za ofiarną pracę na rzecz młodszego kolegi z Garminu, a po drugie za zawadiacką jazdę, w której zaczyna mi przypominać niezapomnianego Jensa Voigta. Wspomnę również kolegę Przemka z Lampre – Winnera Anaconę, który w końcu nawiązał do swego obiecującego debiutu w GT (właśnie tu, przed dwoma laty), wygrywając po solowej akcji deszczowy 9. etap kończący się na Aramón Valdelinares.

vuelta14-st19-Hansen-wins-630x420

Adam Hansen, kończąc 9. Wielki Tour z rzędu, pokazał, że wprawdzie coubertinowska idea „liczy się udział” jest mu bardzo bliska, ale i trofeami nie pogardzi. Co doświadczenie, to doświadczenie. Australijczyk doskonale wyczuwa, kiedy można się urwać peletonowi i zgarnąć etapową premię.

A jeśli mowa o etapowych gratyfikacjach, to spoglądamy w stronę sprinterów. Vuelta, najmniej z trzytygodniówek jest im sprzyjająca, a i zwycięskie sprinty na tutejszych etapach są mniej prestiżowe w porównaniu do Tour de France i Giro d’Italia, ale wygrana to zawsze wygrana. John Degenkolb zerwał cztery skalpy, wycofany przed końcem wyścigu Nacer Bouhanni dwa i wcale nie byłbym pewien, czy to akurat ten, który ma więcej zwycięstw, zrobił większe wrażenie. To, iż Dege jest na mniejszej górce niełatwy do zgubienia świetnie wiedzieliśmy, ale to Francuz zaimponował, przyjeżdżając w czołówce z góralami na 13. etapie do Obregón.

Może nie była to najbardziej udana w historii edycja, lecz, jak już wspominałem, to wystarczyło, byśmy raczej zgodnie uznali ją najciekawszym GT sezonu 2014. W tym roku Vuelta a España potwierdziła swe znane atuty, cechy, które odróżniają ją od innych wielkich imprez i czynią na swój sposób wyjątkową. To wyścig różnorodny, aczkolwiek, jak przystało na GT, rozstrzygający się w górach. Jednak w odróżnieniu od starszego rodzeństwa, etapy ma krótsze, podjazdy (strome lub bardzo strome) mniej monumentalne, a bardziej treściwe, co powoduje, że walka też bywa bardziej intensywna.

Piszę o tym nie bez powodu. Właśnie jesteśmy karmieni informacjami, o planach „reform” rodzących się w niektórych niepoważnych głowach. Wśród szykowanych nam niespodzianek jest między innymi skrócenie hiszpańskiej Vuelty do dwóch tygodni.

W kolarstwie szosowym najbardziej (obok wysiłku sportowców) szanuję jego wspaniałe tradycje. Kocham zaś kolarstwo za jego różnorodność i nieprzewidywalność. To razem składa się na piękno tego sportu. Dlatego wszystkim majsterkowiczom, plotącym bzdury o reformach, o pakietyzacji czy homogenizacji wyścigów kolarskich mówię gromkie: NIE !!!

Mam nadzieję, że miłośnicy kolarstwa z całego świata zjednoczą się w jego obronie. Powiedzmy razem tym reformatołom:

no pasarán

NO PASARÁN !!!

Krzysztof Suchomski