99. TdF Resumé: Le Tour w kolorze „sky blue”, cz. III

 

Nie wiem, czy klienci Rabobanku już ustawiają się w kolejce, by zlikwidować konta. Ja, na wszelki wypadek, bym to zrobił. Bo jeśli tak zarządzają pieniędzmi, jak przygotowaniami swoich kolarzy… Miały być dwie wschodzące gwiazdy w dziesiątce i trzecia z białą koszulką, a jest? 28. Laurens Ten Dam ze stratą ponad godziny. Jeden Lulu Sanchez może powiedzieć, że nie zmarnował tej delegacji, od pozostałych powinno się zażądać zwrotu kosztów przejazdów i utrzymania. Masażu też.

Rabobank sprawił zdecydowanie największy zawód i jeśli będą przyznawane jakieś kolarskie „Złote maliny”, albo coś w tym guście, to są moim murowanym faworytem. A Robert „Don’t touch” Gesink może śmiało być nominowany do nagrody indywidualnej. Sytuacja w tym zespole jest na tyle zagadkowa i frapująca, że postaramy się w niedługim czasie rzucić na nią snop światła z Reflektora Bossa.

By od razu „wyczyścić wątek” – inne grupy z Kraju Tulipanów w zasadzie nie wypadły lepiej. Ekipa Vacansoleil – DCM, która przez ostatni rok wywoływała u nas ochy i achy, tym razem przeszła przez wyścig niezauważona jak kieszonkowiec w metrze. Ewentualnie coś więcej o ich występie mogą powiedzieć obsady wyścigowych karetek. Argos – Shimano, bez swego jedynego atutu w postaci zdrowego Kittela, są na takiej imprezie jak duszone pyry do wykwintnego obiadu. To obrazuje ryzyko tkwiące w zapraszaniu teamów opartych na jednej wschodzącej gwiazdce. W przyszłym roku gospodarze może powiedzą: „tym panom już podziękujemy”.

Rosyjskie „katiusze” mocno zardzewiały i nie dolatują już do celu. Na Kremlu muszą pomyśleć o modernizacji arsenału, bo 15. miejsce mającego walczyć o podium Menchova na pewno nikogo tam nie zadowoliło. A serial „Przygody Vorganova”, który niczym „wańka – wstańka” w jednym odcinku wchodził do 20-tki, by w następnym z niej wypadać, też spotkał się z raczej chłodnym przyjęciem.

Omega Pharma – Quickstep najwyraźniej na Tour de Pologne wyczerpała lipcowy przydział sukcesów. Spodziewałem się, że Leipheimer będzie chciał czymś miłym zaakcentować koniec bogatej kariery. No może i chciał, ale potwierdza się, że chcieć, to nie zawsze móc. Jego młodszy kolega i kandydat do roli przyszłego lidera, Peter Velits, dawał o sobie znać prawie wyłącznie na czasówkach. Z początku jeszcze Chavanel się pokazał, ale też na czas. A mówili, że to Wiggins jest nudny…

Kolejną z dużych firm, która tegorocznej Wielkiej Pętli z pewnością nie zaliczy do udanych jest Garmin – Sharp. Niestety, nie dowiedzieliśmy się, czy kanadyjski koń pociągowy Hesjedal może jednym kursem obsłużyć dwa Wielkie Toury, ani czy Danielson dorósł, jak sam mniema, do roli lidera. Wiemy za to, że Dan Martin powinien raczej swoje ambicje ograniczyć do tygodniówek, a Farrar drugi już sezon może praktycznie spisać na straty. Jedyny jaśniejszy moment zawdzięczają Davidowi Millarowi, który ładnie wpisał się w melodię Rule Britannia.

Ekipa Lampre – ISD została przez los potraktowana jeszcze gorzej. Do Paryża dojechało czterech. Zastanawiałem się, na co był udział w Tourze potrzebny Scarponiemu. Przecież to nie jest facet, który słynie z żelaznego zdrowia i magicznej regeneracji sił. Więc chyba tylko jako przebieg do emerytury. Do tej ostatniej ma jeszcze trochę czasu, za to jego kolega Petacchi powinien już złożyć papiery. To lepsze niż dogorywanie w pomniejszych jednodniówkach.

Cofidis i Saur Sojasun zanotowały mniejsze ubytki, co tak naprawdę mało kogo obeszło. Obie drużyny są zapraszane wyłącznie po to, by zgadzała się liczba Francuzów w Tour de France. Można oczywiście bawić się w hipokrytę i udawać, że Coppel to rasowy wieloetapowiec, ale co odpowiedzieć jak ktoś spyta: a jaka to rasa?

Australijska Orica – GreenEdge debiutowała w Wielkiej Pętli z apetytami na sukcesy w sprintach. Aż żal się robiło, jak człowiek na męki Matthew Harley Gossa patrzył. Jak nie Manx, to Sagan, a jak nie Słowak, to Greipel – zawsze ktoś go wyprzedził. Z etapu na etap, jego mina coraz bardziej upodobniała go do kopniętego spaniela. I ta czara goryczy na Polach Elizejskich – nie chciał ten Cavendish poczekać… Life is brutal, Matt.

Nadzieje Movistaru na spektakl „Valverde, reaktywacja” okazały się nieco na wyrost. Alejandro Valverde niewiele już dopisze do listy swych sukcesów w Grand Tourach. Etap tu, etap tam… Przynajmniej wyścig skończył z fasonem, bo drugi z asów hiszpańskiej grupy, Cobo, przejechał go treningowo. Da Costa to nie jest jeszcze pretendent do walki w trzytygodniowej rywalizacji. Kondycji wystarczyłoby Kiryence, czego i teraz dał dowody, ale jakoś nie widzą tam Białorusina w roli lidera.

Ich sąsiedzi z Półwyspu Iberyjskiego, drużyna wojowniczych Basków, Euskaltel – Euskadi najwyżej, bo na drugim miejscu, uplasowała się w konkurencji „straty w ludziach”. Mimo utraty liderów, pomarańczowe koszulki, jak zwykle, widać było w górach. Gorka Izaguirre nie chciał być gorszy od brata, który z dobrej strony dał się poznać na Giro.

AG2R La Mondiale do niedawna była zdecydowanie najmocniejszą francuską ekipą. Dziś przegrywa z kretesem już nie tylko z Europcarem, ale i FDJ. Po słabym Giro, kiepski Tour. Strach pomyśleć o Vuelcie. Zawiódł Peraud, za to mały plusik przy nazwisku Nicolasa Roche’a , o którym sądzono, że nie uniósłszy oczekiwań, skazany jest na bytowanie w cieniu sławy ojca. Będzie mu jednak trudno o awans do czołówki, jeśli zdecydowanie nie poprawi jazdy na czas.

Sponsorzy teamu Radioshack – Nissan chyba żałują, że dali się namówić na ten interes. Nazwy ich firm w ostatnich miesiącach przewijały się w mediach wyłącznie w negatywnym kontekście. A to kłótnie i dąsy, a to afery dopingowe, a to zaległości finansowe. Fochy luksemburskich braci i ciążące nad zespołem widmo dyskwalifikacji całkowicie rozbiły morale zespołu. To w jaki sposób na 17. etapie Klöden potraktował walczącego o szóste miejsce w GC Haimara Zubeldię, najdobitniej świadczy o atmosferze panującej w autobusie ekipy. Nic dziwnego, że Fabian Cancellara, pierwszy tegoroczny posiadacz żółtej koszulki, wolał jechać do domu.

To mniej więcej wyczerpuje listę teamów, które zaliczyłbym do przegranych, więc teraz może być tylko lepiej. Astana to jeszcze nie sukces, ale i nie porażka. Mogę powtórzyć to, co pisałem po Giro – zasługują na lepszych liderów. Mam wrażenie, że Vino dopóki sam startował i miał jeszcze nadzieję na efektowne zakończenie długiej, acz kontrowersyjnej, kariery nie bardzo chciał mieć w zespole gwiazdę, która żądałaby całkowitego podporządkowania całego teamu. W przyszłym sezonie to się prawdopodobnie zmieni.

Jak przez mgłę pamiętamy, że BMC Racing na początku sezonu nazywane było Galaktycznym Teamem. Mit prysł wcześniej i teraz przydomek Galacticos miałby wydźwięk z lekka ironiczny. Na Tour przyjechali z liderem Evansem, by w jego trakcie wymienić go na nowszy model. Biała koszulka Van Garderena sprawia, że nie wracają z pustymi rękami, choć jak na taki budżet, profit to mało okazały.

Saxo Bank – Tinkoff Bank otwiera listę tych, którzy naprawdę mają się z czego cieszyć. Nie wiadomo, czy to nóż przystawiony do gardła ekipy przez UCI, czy gotówka Olega Tinkowa tak zmobilizowały chłopców Riisa. Pojechali lepiej od swoich skromnych możliwości. Chris Anker Sörensen zdobył zaszczytne miano najwaleczniejszego (żeby jeszcze miał choć połowę sprytu Voecklera), a jego kiwająca się z regularnością metronomu sylwetka, będzie od teraz, wraz z sępami, symbolem nieujarzmionej pirenejskiej przyrody.

A w konkurencji „serce do walki”, w klasie samochodowej, bezapelacyjnie zwyciężył Marc Madiot. I pomyśleć, że nie chciał zabrać na Tour tego Pinota, który wskoczył w ostatniej chwili, na zastępstwo. Pewnie miał wyrzuty sumienia i dlatego mu z taką ekspresją potem kibicował. Chłopak chyba ze strachu przyspieszył i wygrał. A wcześniej Fedrigo, tak że w FDJ – Big Mat wszyscy są w siódmym niebie.

Ale najwięcej się we Francji mówiło o zespole EuropcarPierre Rolland pojechał swój najlepszy Tour w życiu, został najwyżej sklasyfikowanym kolarzem gospodarzy, ale i tak Voeckler, który ma „parcie na szkło” większe niż politycy, sprzątnął mu cały show sprzed nosa. Może to kara za nieładne zachowanie na zjeździe z Mur de Péguère? Zaś Jean-René Bernaudeau, niegdyś świetny kolarz, a teraz szef Rollanda, okazał się wrażliwym facetem, który popłakuje na komediach romantycznych. Jego ulubionym aktorem jest niejaki Thoma Voeckler.

I tak doszliśmy do nieformalnego podium naszej klasyfikacji. Miejsce trzecie dla Lotto Belisol. Gwiazdami belgijskiego teamu byli trzykrotny etapowy triumfator Andrè Greipel i plasujący się tuż za podium GC Jürgen Van den Broeck, ale na pochwały zasługują, może nawet przede wszystkim, za świetną współpracę całego składu. Znakomicie funkcjonował pociąg Greipela, a i Van den Broeck miał solidne wsparcie, zwłaszcza w osobie Jelle Vanenderta. Wydaje się jednak, że w tym składzie, wymienione osiągnięcia są górnym pułapem ich możliwości.

Numer dwa to tak skrytykowany przeze mnie za Giro Liquigas – Cannondale. Chyba z niemałą zazdrością musieli patrzeć, jak pociąg Sky robi to, co im nie udało się we Włoszech. Znakomita jazda Sagana zdjęła presję z Vincenzo Nibalego, co on sam wiele razy podkreślał, oraz dała drużynie, tak potrzebnego, psychicznego kopa. W drugiej, decydującej części Touru „Gazowi” starali się przejmować inicjatywę i byli, obok niekwestionowanych zwycięzców, najbardziej rzucającą się w oczy ekipą, skutecznie wspierającą Sycylijczyka w walce o podium. A zobaczyć Ivana Basso ciągnącego zaprzęg jak szeregowy gregario – bezcenne. Szkoda, że tak rzadko oglądaliśmy na czele stawki naszego Sylwestra Szmyda.


 

O głównych bohaterach 99. Tour de France pisałem w pierwszej części podsumowania. Na zakończenie zaś chciałbym parę słów poświęcić rozważaniom o wpływie, jaki ich zwycięstwo wywrze na kolarstwo szosowe. To pewna prawidłowość, że zwycięzcy szybko znajdują naśladowców, narzucają sportowe mody: na taktykę, na trening, na nowinki sprzętowe.

Sky Team zdaje się obwieszczać definitywny koniec spontanicznego, niezorganizowanego ścigania. W tym profesjonalnym do bólu systemie, wszystko jest mierzone, wyliczalne i podporządkowane interesom zespołu, w którym każdy ma dokładnie rozpisaną rolę. Na wybujałe ego nie ma miejsca. I niewątpliwie jest sporo w tej wizji zespołu, stylu pracy i taktyki wygrywania Dave’a Brailsforda z filozofii prezentowanej przez Jose Mourinho.

Młode pokolenie wychowanych na torze brytyjskich kolarzy ten styl pracy przyjmie w sposób naturalny, jako przedłużenie tego sposobu przygotowań i podejścia do kolarstwa, z jakim już mieli do czynienia.

Kibice tęsknią jednak za czym innym. Chcieliby oglądać walkę indywidualności, bez słuchawek, team orders, mierników energii. I Wiggins czy Brailsford mogą tłumaczyć, że przy tempie powodującym wydatek energetyczny na poziomie 450 wat, atakowanie na dłuższym niż chwilowy dystansie jest praktycznie niemożliwe. Nie uwierzą. I będą czekać na jakiegoś Messiego szos, który temu kolarskiemu Mourinho utrze nosa.

Która opcja zwycięży? Zobaczymy za rok, na setnej edycji La Grande Bouclé.

Krzysztof Suchomski

pierwsza część